W dzień zakończenia roku szkolnego 2021/2022 odbędzie kolejne spotkanie dyskusyjnego klubiku. Przedmiotem obrad będzie futurystyczna, wizjonerska, przyszłościowa książka „Nowy wspaniały świat”.
Do zo!
W dzień zakończenia roku szkolnego 2021/2022 odbędzie kolejne spotkanie dyskusyjnego klubiku. Przedmiotem obrad będzie futurystyczna, wizjonerska, przyszłościowa książka „Nowy wspaniały świat”.
Do zo!
Saluton!*
W ogóle to Kicia myślała, że omawiany będzie „Nowy
wspaniały świat” (tak to jest, kiedy się czyta co drugie zdanie i słucha brzuchem
zamiast uchem) i w związku z tym przyniosła potrawę futurystyczną, ale prędko
dorobiła do niej nową bajkę i ciecierzyca
la soma sprytnie wpisała się w gastronomiczną
cześć wieczoru poświęconemu „Chrobotowi” Tomasza Michniewicza.
1. Prawie cały czas słuchano muzyki z Zimbabwe. Według
Juanity z Kolumbii „słuchanie muzyki jest jak czytanie książki. Wpływa na
ciebie, oddaje nastrój, kształtuje myśli, przynosi obrazy. Muzyk zasiewa w
tobie ziarno swoich emocji, które może potem kiełkować”. Emocje - książka wieczoru
wzbudziła ich sporo, więcej, niż można by się spodziewać. Najbardziej
rozemocjonowana była Królowa, która przez 2 tygodnie „trawiła” zapiski
Michniewicza z rozmów przeprowadzonych z przedstawicielami siedmiu, bardzo
różnych od siebie, krajów. Pierwsze wrażenia Królowej to bezsilność,
bezradność, wstyd z powodu bycia mieszkanką bogatego kraju, bycia częścią
Świata Zachodniego, z powodu posiadania więcej, niż milionom ludzi potrzeba do
życia. Po jakimś czasie nieoczekiwanie pojawiła się złość na autora „Chrobotu”,
że napisał książkę, która wpędza czytelnika w poczucie winy, że celowo pokazał
mieszkańców Europy i USA jako uprzywilejowanych, w lepszej pozycji. Michniewicz
wprost pisze, że każdy z nas, czytelników w węższym ujęciu, ludzi Zachodu w
szerszym, przyczynia się do katastrofalnej sytuacji w krajach Trzeciego Świata.
Ale są tu jeszcze dwie kwestie. Pierwsza, Michniewicz nie pisze o wysokiej
cenie, którą Europejczycy czy Amerykanie płacą za bycie mieszkańcem kraju
bogatego. A to są choroby cywilizacyjne, stres, zawały wywołane pogonią za pieniądzem
(pogonią niejako mu narzuconą), samotność, choroby psychiczne z depresją na
czele, zatracenie umiejętności przeżycia w zetknięciu z prawdziwą naturą – obowiązkowy
udział w peletonie, w którym być może wielu nie chciało startować. Druga, „Chrobot”,
z pozoru reportaż obiektywnie pokazujący różne oblicza współczesnego życia na
świecie, jest jednak nacechowany perspektywą europejską – opis sytuacji w
Ugandzie, Zimbabwe, Kolumbii czy Indiach narzuca ocenę zachodnią, wzbudza
współczucie wobec osób żyjących za kilka dolarów miesięcznie, nie mających
dostępu do edukacji czy śpiących na glinianej podłodze w namiocie z kartonów
czy szmat. A jak tę książkę odebraliby mieszkańcy tych krajów? Czy oni również
myśleliby o życiu w swoim kraju ze współczuciem? A może z poczuciem winy, że,
choć biednie, i tak mają lepiej niż ludzie z Japonii, Finlandii czy USA?
2. W czasie rozmowy pojawiły się pytania o to, co można
zrobić, czy ma się wpływ na los dziecka w Indiach czy Ugandzie? Padło pytanie,
czy w jakiś sposób „Chrobot” zmienił życie jego autora? Stefę najbardziej
zainteresował wątek modeli wychowania -
w każdym zakątku świata perspektywa na dziecko, na zapewnienie mu warunków
rozwoju i przygotowanie do życia, jest inna. Stefa nie oceniała, gdzie dzieciom
jest lepiej, ale spostrzegła, że coś, co w Polsce byłoby uznane za niewydolność
wychowawczą czy zbytnie narażanie dziecka na niebezpieczeństwo, gdzie indziej
jest normą i najwłaściwszym przygotowaniem do życia. Strunę najbardziej ujęła
historia japońskiej nauczycielki. Początkowo niektórym przeszkadzała formuła
książki: historie o kolejnych bohaterach wymieszane, poprzeplatane,
utrudniające szybkie zorientowanie się w akcji. Ale z biegiem czytania wszystko
zaczęło się składać w jeden obraz.
3. Dużo rozmawiano o naszych czasach, czyli
współczesności, o konsumpcjonizmie, o materializmie, o dominacji pieniądza, o
polityce opartej na wyzysku najbiedniejszych, o współczesnym nieustannym
zaspakajaniu przerośniętych, wmówionych potrzeb. Zastanawiano się, co robimy
lub co możemy zrobić, żeby wyjść ze spirali kupowania, używania (nie zużywania),
wyrzucania, i znowu kupowania w ilości większej, niż naprawdę potrzeba. Wysnuto
wnioski, że świata nie zmienimy, ale takie książki jak „Chrobot” pomagają w
budowaniu świadomości, w autorefleksji na temat tego, że, być może w sposób
niezależny od nas, jednak uczestniczymy w procesie bogacenia się bogatych i
biednienia biednych. I nie o zrównanie tych nierówności tu chodzi, ale o
świadomość ich istnienia. W „Chrobocie” jest napisane: „Jedni potrzebują, inni
chcą pomóc, ale ktoś po prostu zarabia na tym pieniądze”.
4. Z dalekich krajów przeniesiono się na rodzime podwórko.
Mówiono małych i dużych troskach domowych, o tym, że młodsze Poldziątko właśnie
wkracza w dorosłość, o pociesznym wnuczęciu Błyskawicy. Stefa zaczęła interesujący
temat: obserwując jedną ze scenek rodzajowych z udziałem swoich rodziców,
zadała sobie pytanie, co ma po mamie. Odpowiedź na to pytanie znalazła, ale
może warto na kolejnym klubiku poprosić pozostałe Uczestniczki o udzielenie
informacji, co mają po swoich mamach.
5. Nie zabrakło tematów mniej poważnych. Poldzia
opowiedziała o tym, w jak niedoskonałym stanie dostarczyła Poldziątku urodzinowy
tort. Ważną rolę w jej zabawnych opowieściach udział wzięły również parówki. Błyskawica
i Poldzia zdały relację z pewnego wyjazdu do SPA, w którym skorzystały z pakietu
relaksacyjnego dla par.
6. Na osobny akapit zasługuje informacja o likwidacji
sklepu, w którym wszystkie Uczestniczki zaopatrywały się w rewelacyjne majtki
(jedne z nich, czerwone, były w przeszłości prezentem ofiarowanym przez Poldzię
pozostałym Uczestniczkom). Zazdrośnie patrzono na te, które wcześniej zapobiegawczo
zdążyły się w owym sklepie zaopatrzyć w odpowiednią ilość bielizny.
7. Jedzono potrawy z krajów opisanych w „Chrobocie”.
Kicia naprędce przypisała huxleyowską somę z młodą kapustą do Indii, wszak
ciecierzyca w kuchni hinduskiej jest powszechna. Zaserwowane przez nią danie
wyróżniało się olbrzymią oryginalnością i po degustacji stwierdzono, że może
zostać podane powtórnie na kolejnym spotkaniu książkowym. Struna oddała
kulinarny hołd Kanae Takasaki z Tokio – przygotowała pyszne okonomi yaki. Stefa
przyrządziła rybę po japońsku, aka po holendersku, aka po portugalsku (pomieszanie
krajów jak w „Chrobocie”). Królowa zrobiła afrykańską pożywną zupę fistaszkową
i amerykańskie strasznie słodkie i strasznie tłuste (2,5 kostki masła!) nanaimo
bars, czyli czekoladowe batoniki domowe. Błyskawica przyniosła lody. A Poldzia,
z racji tego, że książki nie przeczytała, przyniosła zupę „nic”, która wniosła
wakacyjną świeżość i owocową lekkość. O dziwno na stole nie pojawił się rolex,
czyli znany w Afryce płaski omlet z warzywami zwijany w rulonik – rolled eggs.
8. Wstępnie rozmawiano o konieczności ustalenia formuły wspólnego
klubikowego świętowania urodzin. Dyskusję postanowiono kontynuować w mediach
społecznościowych z udziałem wszystkich jubilatek
czerwcowo-lipcowo-sierpniowych. Padło również hasło miejsca kolejnych spotkań.
Przypomina się, że w tej kwestii nikt monopolu nie ma, więc spotkać można się u
tego, kto wyrazi chęć goszczenia u siebie rozgadanej i często rozchichotanej, a
bywa, że i pod wpływem alkoholu, grupki pań w średnim wieku.
9. W dzień zakończenia roku szkolnego Uczestniczki znowu
się zbiorą, żeby omówić „Nowy wspaniały świat” Huxleya. Obowiązywać będzie
kuchnia nowa, poprawiająca nastrój.
10. Podczas rozmów Uczestniczek Mały Lord siedział sobie
na podłodze, bawił się klockami, układał puzzle, od czasu do czasu spróbował
czegoś z klubikowego stołu. Dziecko – spokojne, bezpieczne, radosne. Otoczone
kochającymi Rodzicami, Ciociami, bookdogami i bookkotem. Dziecko mające więcej
niż jedną parę butów i więcej niż jedną książkę. Być może nie będzie nadużyciem
porównanie Spotkań Pod Pretekstem Książki do ugandyjskiej wioski Marggie, w której
„wszyscy sobie zawsze pomagali. Razem mają akurat tyle, żeby sobie jakoś
poradzić (…). W takich wioskach dorastasz wiedząc, że nie żyjesz sam, a wśród
innych. Trzeba być razem, bo warunki ciężkie, nigdy nie wiesz, co się wydarzy.
Bez innych może sobie w ogóle nie poradzisz. Gdy się dzieje źle, ta świadomość
przynosi dużą ulgę. Nie musisz być przez cały czas samowystarczalny, zawsze
masz na kogoś liczyć”.
Życząc sobie znalezienia fińskiego poczucia stanu
sielunrauha, żegnamy się do następnego spotkania za miesiąc.
k.
*Saluton! (esperanto) – Cześć!
Zapraszamy do dyskusji o książce, która wywołuje emocje. Jakie to są emocje? Z jak wielu różnych stron można na książkę spojrzeć? Co chciał przekazać jej autor? Czy „Chrobot” zmienia coś w życiu czytelnika?
Widzimy się w najbliższy piątek!
Cześć!
Ze sporym poślizgiem czasowym wjeżdżamy na scenę z
protokołem.
1. Zacząć należy od tego, że Uczestniczki zostały
dowiezione na spotkanie Wesołym Książkobusem, który, zbierając je kolejno z
wyznaczonych miejsc przystankowych, objechał pół miasta i zaliczył co znaczniejsze
korki. Rozmowy na temat „Wędrownego zakładu fotograficznego” zaczęły się już w
trakcie tej fascynującej podróży.
2. W dużym skrócie książka się podobała. A w szczegółach:
autorka opisała swoje obserwacje poczynione w czasie kliku wakacyjnych wypraw starym
busikiem wzdłuż wschodniej granicy Polski. Te obserwacje przypominają zapiski z
dziennika albo zdjęcia – fragmenty opowieści, niepełne historie, migawki, luźne
wątki, które jednak, jak kawałki puzzli, układają się w obraz. Te „zdjęcia z podróży”,
podobnie jak w przypadku prawdziwych fotografii, są przedstawione czytelnikowi
do przyjrzenia się i własnej interpretacji. Tutaj nikt nikomu nie sugeruje,
jacy generalnie są ludzie mieszkający tuż przy granicy z Białorusią czy
Ukrainą. Czytelnik sam sobie musi połączyć te kawałki opowieści, żeby zrozumieć
(albo choć próbować zrozumieć), co to jest ta Polska Wschodnia i dlaczego jest
taka, jaka jest. Jednak według niektórych Uczestniczek brakuje głównej
historii, a książka jest zbyt wielowątkowa.
3. Podczas lektury zwrócono uwagę na opisaną przez Pajączkowską
gościnność swoich rozmówców. Daje się wyczuć, że ludzie mieszkający w regionach
wschodnich jakoś bardziej żyją w zgodzie z naturą. Jednocześnie z tych „obrazków
z podróży” wyłania się obraz biedy, tymczasowości i ciągłego strachu przed koniecznością
ucieczki z tym, co można zapakować do torby w ciągu 15 minut.
4. Dyskusje towarzyszące dotyczyły chorób psychicznych
dotykających jakby coraz większej ilości osób z coraz bliższego otoczenia.
Mówiono o depresji i o starzeniu się. Mówiono o trwającej wojnie w Ukrainie i
Ukraińcach, jak Polscy przed kilkudziesięciu laty, zmuszonych do zostawienia
swoich domów, swojego kraju, bo ktoś postanowił zarobić na wojnie jeszcze
trochę więcej -władzy, rozgłosu, pieniędzy. Mówiono o wojnie tak naprawdę
trwającej cały czas, o wojnie tym bardziej bolącej, gdy rozgrywa się w którymś
z afrykańskich krajów, o którym nawet nie wiadomo, gdzie na mapie dokładnie się
znajduje. O wojnie za naszą granicą, u naszych sąsiadów, w Europie wie cały
świat. O wojnie w krajach Trzeciego Świata się nie mówi.
5. Mały Lord pół wieczoru rysował auta we wszystkich
kolorach tęczy. Wykorzystał do tego pachnące pisaki. Ta praca tak go zmęczyła, że
zasnął zwinięty jak rogalik pod kocykiem w drugiej części spotkania.
6. Na wyobraźnię uczestniczek bardzo wpłynęła barwna
opowieść Kici o tym, jak zanosiła kał do badania – chciała to zrobić
dyskretnie, bo miała jednakże pewne opory w demonstrowaniu, że w torebce niesie
swoje fekalia, ale odbiorczyni materiału do badania narobiła jej przy
wszystkich obciachu, dopraszając się na korytarzu pełnym ludzi przekazania
próbki.
7. „Wędrowny zakład fotograficzny” zainspirował Uczestniczki
do przyniesienia jedzenia, które nadawałoby się na wycieczkę, czyli coś „na
szybko”, coś gotowego, coś kupionego. Na stole pojawiły się zatem: sklepowe
babeczki (nawiązanie do niedawnej Wielkanocy katolickiej i trwającej Wielkanocy
prawosławnej) dostarczone przez Strunę oraz przygotowany przez nią wiosennie
odświeżający chłodnik tatarski. Z „gotowców” były też chipsy, ciastka w
kształcie opon autobusowych, chrupki reksie (nawiązujące do wiejskich Reksiów,
Azorków i Burków) oraz rogaliki z marmoladą (które zwiodły prawie wszystkie
Uczestniczki – smakowały jak domowe, a zostały zakupione w pobliskim GS-ie). Stefa
zrobiła warstwową sałatkę „z puszki/puszczalską/puszczańską”, czyli taką, w
skład której weszła między innymi fasola z puszki, a wiadomo, że w czasach
młodości Uczestniczek zabieranie na wycieczki żywności w puszce (mielonka,
paprykarz, pasztet) było standardem. Kicia i Królowa niezamierzenie zsynchronizowały
swoje działania kuchenne – obie przygotowały tortille, w porcjach na jeden kąsek,
znakomitych w podróży. Poldzia przyniosła wór pełen batoników – idealnie
nadających się do uzupełnienia energii podczas wyczerpujących wędrówek, ale smakujących
równie dobrze podczas leniwej konsumpcji w pozycji siedzącej na sofie. Do picia
Stefa zaproponowała zieloną herbatę z truskawkową nutą, bo taka kompozycja
smakowa kojarzy się z latem, wakacjami, zielenią.
8. Ilustracją muzyczną do spotkania ścieżka dźwiękowa do
filmu „Into the Wild”, ze zdjęciem autobusu zagubionego wśród alaskańskich
bezdroży na okładce. Słuchano też płyty „Wykorzenienie” zespołu Kapela Ze Wsi
Warszawa.
9. Kolejne spotkanie będzie miało miejsce 20 maja.
Kuchnią towarzyszącą będą potrawy z krajów, z których pochodzą bohaterowie
książki Tomasza Michniewicza „Chrobot”.
Cieszmy się wiosną! Planujmy wakacyjne podróże!
k.
Wielkanoc za nami, więc pora zacząć wędrówkę literacką wzdłuż naszej wschodniej granicy. Książka Agnieszki Pajączkowskiej na pewno pomoże zrozumieć historię Polaków, Ukraińców, Białorusinów, Litwinów, Rosjan. Porozmawiamy o tym, jak to, co wydarzyło się kilkadziesiąt lat temu, wpływa na codzienną współczesność.
Widzimy się w najbliższy piątek!
Привіт!
Trudno się spędza czas w miłym, przyjaznym
towarzystwie przy suto zastawionym stole, mając świadomość, że tysiące kobiet i
dzieci w pośpiechu opuszczają swoje domy, żeby uciec przed wojną. Podjęto
jednak decyzję, że w tych wyjątkowych czasach spotkać się nawet trzeba, żeby nie
być samej / samemu z całą paletą emocji wywołanych wojną w Ukrainie.
1. Książkowy pretekst do spotkania wiąże się z obecną
sytuacją – Maria Rodziewiczówna opisuje czasy, kiedy to Polacy żyli w kraju
okupowanym przez zaborców, Wielkopolska zagarnięta była przez Niemców. Wymowa
książki jest bardzo patriotyczna, autorka podkreśla narodowe cechy Polaków:
waleczność, dzielność, honor, nienawiść do Szwabów. Oczywiście Polki są
cnotliwe, pracowite, piękne, stanowcze i mają zdecydowanie bardziej poukładane
w głowie niż ich niemieckie równolatki, którym tylko hulanki i romanse na myśli.
„Między ustami a brzegiem pucharu” jest o tym, że polskość, jak ta oliwa w
przysłowiu, na wierzch wypłynie, nawet jeśli jest początkowo całkowicie
przytłumiona niemieckością.
2. Choć babce głównych bohaterów książki, Tekli
Ostrowskiej, Niemcy kojarzyli się z wszystkim co najgorsze, to wypowiedź Schöneicha,
towarzysza berlińskich hulanek Wentzla/Wacława, jest na tyle uniwersalna, że
można ją tu przytoczyć bez posądzania o brak patriotyzmu: „Żyj, używaj, kochaj
i bądź zdrów! (…) Bądźmy szczerzy! Dajmy każdemu żyć, jak chce, a kogo warto,
kochajmy i ceńmy”.
3. Przy okazji tej lektury zastanawiano się na
fenomenem języka Rodziewiczówny – „Między ustami…” nie ma nawet dwustu stron, a
czyta się ją dość długo, wymaga skupienia i wcale nie chodzi tu tylko o zbyt
dużą ilości słów archaicznych, odnoszących się do przedmiotów dziś nieobecnych,
a będących w powszechnym użyciu 140 lat temu. Warto jednak zadać sobie trud i
poznać bliżej powieści, które wyszły spod pióra (sic!) Rodziewiczówny.
4. Rozmowy zdominowane były przez tematy bieżące
społeczno-polityczne. Wiele dyskutowano o strachu przed niepewną przyszłością,
o strachu o swoich najbliższych (czytanie zbyt wielu książek o tematyce
związanej z II wojną światową może nieść negatywne skutki w przewidywaniu
możliwych scenariuszy), o wojnie dezinformacyjnej, o manipulowaniu informacjami.
Mówiono o tym, jak różni są ludzie i jak ekstremalnie różnie mogą się zachować
o tych samych okolicznościach w obliczu tych samych wyzwań – wszędzie są
ludzie, którzy chcą skorzystać z nadarzającej się okazji, wszędzie są ludzie,
którzy chcą zarobić na krzywdzie ludzkiej, na szczęcie wszędzie są też ludzie,
którzy bez zastanowienia pomagają potrzebującym, u których odruch serca jest
silniejszy niż racjonalne myślenie czy wyrachowanie.
5. Dzieci – o nich mówiono bardzo dużo. Te ukraińskie,
które musiały zostawić swoje zabawki, łóżeczka i chomiki i uciekać w nieznane.
Te nasze malutkie, które poznają świat: wylewają cały olej na podłogę i patrzą
na reakcję mamy, czy dowiadują się, na czym polega układanie klocków. Te nasze małe,
które wyczuwają powagę sytuacji i potrzebują zapewnienia, że są bezpieczne w
swoich polskich domach. Te nasze nastoletnie, które przepoczwarzają się
emocjonalnie. Te nasze własne starsze, już prawie dorosłe, które planują
przyszłość, podejmują pierwsze samodzielne decyzje.
6. Na stole pojawiły się potrawy mniej lub bardziej
związane z powieścią Rodziewiczówny. Struna przygotowała makaronowe muszle
nadziewane szpinakiem z ricottą, którym towarzyszył sos pomidorowy – danie
nazwała „Usta pełne frazesów, usta pełne kłamstw”. W plastikowych kielichach Poldzia
przyniosła „Puchary rozkoszy” – tortille z apetycznym wnętrzem. Gazela
zinterpretowała temat kulinarny po męsku – przyniosła pizzę, piwo i chipsy,
wpisujące się w „pucharowe zwycięstwo meczowe”. W glinianych pucharkach,
przypominających Graal, Królowa zaserwowała warzywa zapiekane pod kruszonką z
przygotowanym przez Pana Rexa sosem czosnkowym. W prawdziwym pucharze sportowym
znalazł się gin zamknięty w czekoladowych rogalikach. Puchar ów wraz z „ustnym”
flakonikiem po perfumach tworzyły dosłowną ilustrację tytułu omawianej książki.
7. Dyskusjom towarzyszyły dźwięki z najnowszej płyty
Eddiego Veddera (przywołano m.in. piosenkę „Invincible”, czyli
„niezwyciężony”), zespołu Brad pt. „United we stand” oraz składankę sprzed ponad 20 lat „No Boundaries:
A Benefit For The Kosovar Refugees” – niestety, jakże teraz aktualną, zamiast
„Kosovar” należy jedynie wpisać „Ukrainian”.
8. Kolejny klubik książkowy odbędzie się w pierwszy
piątek po Wielkanocy i za sprawą relacji Agnieszki Pajączkowskiej z jej
wakacyjnych podróży reporterskich znowu skierujemy wzrok na naszą wschodnią
granicę. Choć, jak pisze Rodziewiczówna, „między ustami a brzegiem pucharu
wiele jeszcze zdarzyć się może”, miejmy nadzieję, że o wojnie w Ukrainie
będziemy mówić już w czasie przeszłym. Książce „Wędrowny zakład fotograficzny”
towarzyszyć będzie, co oczywiste, kuchnia wędrowno-fotograficzna.
9. Niniejszy protokół kończymy słowami babki Tekli
Ostrowskiej, która nad grobem porucznika pułku piechoty poznańskiej modli się
słowami: „Boże, daj dzieciom waszym inną dolę! (…) Inną śmierć i inne
bohaterstwo. Daj im, Boże, być wolnymi ludźmi. Jak ginąć, to nie marnieć”.
Uważajcie na siebie! Do zobaczenia w spokojnych oby
już czasach.
Amen, Amen, Amen!
Pokój ludziom dobrej woli!
W tych trudnych, niepewnych czasach trzeba się
spotkać, żeby pobyć razem, żeby nie dać się pożreć w samotności wojennym zmorom
i lękom. Trzeba się spotkać, bo nie wiadomo, czy później będzie taka możliwość.
A zatem do zobaczenia w najbliższy piątek!