czwartek, 15 stycznia 2026

"Wellness" Jonathana Hilla


 Protokół po "Wellness" Jonathana Hilla

Dzień dobry!

Zamiast znaleźć podczas spotkania odpowiedzi na zadane w przypominajce pytania, Uczestniczki skończyły obrady z głową pełną przemyśleń, wniosków, ciekawostek i kolejnych pytań.

1. „Wellness” to książka opasła, wielowątkowa i pełna elementów sprawiających, że trudnym jest jednoznaczne zakwalifikowanie jej do którejś kategorii literackiej. Bo na pierwszy rzut oka to powieść. Ale momentami czyta się to jak pracę magisterską, a przynajmniej książkę popularno-naukową. Najtrudniejszy jednak element do interpretacji dla czytelnika polega na tym, że w pewnym momencie czytelnik zaczyna się zastanawiać, czy aby przypadkiem nie jest przedmiotem jakiegoś eksperymentu psychologicznego, czy kontynuacja lektury aż do jej ostatnich stron nie sprawi, że na koniec zostanie zdiagnozowany jako osoba podatna na wpływy i manipulacje współczesnego świata, czyli że dała się wkręcić. Interesujące. Takiej książki na klubiku jeszcze nie było.

2. Oprócz warstwy konstrukcyjno-doświadczalno-eksperymentalnej jest jeszcze prostsza, bardziej klarowna w odbiorze warstwa powieściowa. Historia dwojga ludzi, którzy najpierw uciekają przed przeszłością, pokochują się (?), zmieniają, dojrzewają. Obraz relacji kobiety i mężczyzny - rodziców wymagającego dziecka na tle współczesnej Ameryki. Do tego wciskane wszem i wobec „dobra” współczesnego świata, social media, oczekiwania społeczne, uwikłanie między tym, co się chce, a tym, co się powinno.

3. W ogóle sporo rozmawiano o dzisiejszych czasach. O wyzwaniach, przed którymi stają (i z którymi czasem sobie zupełnie nie radzą) i rodzice, i dzieci. Przywołano historię Tomasza Beksińskiego, który ponoć zarzucił swoim rodzicom, że zrujnowali mu życie poprzez to, że nie stawiali mu nigdy granic. Wydaje się, że obecnie sporo jest w rodzinach zagubienia, bezradności, braku jasnych „zasad gry”. Trudno jest się rozeznać w gąszczu informacji, co jest prawdą, a co nie. Jednocześnie coraz więcej jest miłośników najnowszych rozwiązań technologicznych, co czasem prowadzi do fascynacji sztuczną inteligencją do tego stopnia, że AI zaczyna zaspokajać ludzką potrzebę relacji społecznych, bliskości, relacji intymnych. W tym przebodźcowanym świecie ciężko jest usłyszeć swój wewnętrzny głos, swoje „ja”, które być może dałoby nam odpowiedź na pytanie, jak żyć dobrze i szczęśliwie.

4. Dyskusja nie była prowadzona w tonie dołującym i biadolącym. Wręcz przeciwnie, podawano przykłady momentów przepełnionych pięknem, radością, spokojem. Zauważono, że w ogóle z wiekiem człowiek trochę zwalnia, zaczyna się bardziej cieszyć ze „zjeżdżania na boczny tor”, już niczego nie musi udowadniać (ani sobie, ani światu). Choć oczywiście nie zawsze, bo na starość można się i spaskudzić, i zgorzknieć, i zmarnieć. Pamiętać więc należy, że zgodnie z powiedzeniem przywołanym przez Stefę: uważaj, jaki masz charakter, bo po pięćdziesiątce ten charakter wyjdzie ci na twarz. Twarze uczestniczek, choć czasami zmęczone i leciuteńko pomarszczone, nadal uśmiechnięte, pogodne, z wciąż młodzieńczym chochlikiem w oku.

5. Książka wieczoru pełna była inspiracji muzycznych, które przywołały wspomnienia z młodości Uczestniczek. Oprócz pozostawionego w domu Rage Against The Machine, pojawiły się płyty bardziej lub mniej przywołane w „Wellness”. Był więc album „Blackstar” Davida Bowie, „Last Splash” The Breeders, dwie płyty The Smashing Pumpkins” i Pixies.

6. Fascynujący fragment spotkania stanowiły opowieści Struny o jej poszukiwaniach genealogicznych. Jak na razie dokopała się do historii rodziny siedem pokoleń wstecz! Zachęciła do podjęcia prac nad odkrywaniem własnych korzeni, a jednocześnie zaapelowała o ostrożność podczas korzystania z różnych stron internetowych.

7. Kulinarne wyzwanie polegało na przygotowaniu potraw kojarzących się z dobrostanem, dobrym samopoczuciem, nic więc dziwnego, że na stole pojawiły się przede wszystkim potrawy mające korzystny wpływ na organizm i rozgrzewające ciało od środka. Była więc bardzo gęsta owsianka z jabłkami i tarta dyniowo-szpinakowa, które wyszły spod rąk Królowej. Stefa przygotowała sałatkę buraczkową i zupę dyniową, a Struna pełną witamin sałatkę „lunchbox”. Na poprawę nastroju zjedzono zbilansowane pod względem słodkie-zdrowe ciasto, a na lepszą pracę mózgu schrupano orzechy włoskie. Wszystko zapito herbatą o nazwie Dobrostan z domowym sokiem porzeczkowym.

8. Kolejne spotkanie poświęcone będzie „Portretowi damy”, a towarzyszyć jej będzie kuchnia międzynarodowa. Zbiórka w lokalu klubikowym 13 lutego.

Dbajcie o siebie w całym 2026 roku!

k.








środa, 7 stycznia 2026

Przypominajka przed "Wellness" Jonathana Hilla

Czy w dobrym stanie ciała i ducha rozpoczął się 2026 rok? Czy Jonathan Hill napisał dobrą książkę? Jak często jesteśmy wkręcani? Kto, kiedy i dlaczego nami manipuluje? Czy istnieje miłość od pierwszego wejrzenia i miłość prawdziwa na całe życie?

Być może choć na niektóre z powyższych pytań Uczestniczki znajdą odpowiedź podczas styczniowego spotkania książkowego.

Tym razem widzimy się u Stefy.

środa, 17 grudnia 2025

"Święto nieistotności" Milana Kundery

 

Protokół po "Święcie nieistotności" Milana Kundery

Ahoj!

Poprzedni protokół rozpoczął się „ahoj” morskim, a „ahoj” czeskim zaczyna bieżący.

1. Spotkanie z Milanem Kunderą po raz drugi (poprzednie było prawie na samym początku funkcjonowania klubiku). Tym razem w okolicznościach grudniowych przedświątecznych. „Święto nieistotności” to lektura krótka i, choć przesycona paryskością, na wskroś kunderowo-czeska. Starzejący się mężczyźni, brzuchy młodych dziewcząt uwodzące odsłoniętymi pępkami, refleksje filozoficzno-egzystencjalne, choroby, Chruszczow, Kalinin, Stalin i jego 24 kuropatwy, toksyczne relacje z matką – wątków bez liku.

2. Kundera rzuca czytelnikowi wyzwanie, zmusza do autorefleksji, do zrobienia rachunku sumienia: czy biorę udział we współczesnej walce polegającej na wzajemnym obwinianiu się?, czy nadmiernie przepraszam za postępowanie innych?, czy nie biorę świata zbyt poważnie?, czy potrafię dostrzec ludzką głupotę przez pryzmat dobrego humoru, żeby się z tej głupoty śmiać?

3. Tytułowa nieistotność to „bezużyteczność bycia błyskotliwym”. Nieistotność „oswobadza, wyzwala z uważności, nie wymaga refleksu, czyni ją [kobietę] beztroską, więc również bardziej dostępną”. Nieistotność to również sedno egzystencji i klucz do mądrości. To tak gwoli wyjaśnienia, gdyby się ktoś zastanawiał, o co chodzi, o czym ten Kundera na starość bredzi.

4. Na klubikowym stole pojawiły się potrawy czeskie, francuskie, świąteczne – jednym słowem Uczestniczki jak zwykle kreatywnie podeszły do tematu gastronomicznego, w efekcie czego zajadano się sałatką tuńczykową i piernikowymi bajaderkami śnieżnymi, które wyszły spod pracowitych rąk Stefy, vol-au-vent avec foie gras et fromage du ail sauvage przygotowane przez madame Strunę oraz zrobione przez Królową bramborový salat i kruche ciasteczka, które podobno obowiązkowo pojawiają się na wigilijnym stole Czechów. Raczono się również śmietankowym likierem korzennym i herbacianym grzańcem oraz podjadano słodycze ze świątecznej paczki pracowniczej.

5. Muzycznie zabrakło ścieżki dźwiękowej do „Once” z Markétą Irglovą i płyty Pearl Jam „Binaural” z utworem „Insignificance” (bo „Święto nieistotności” w oryginale to „La fête de l’insignificance”). Za to uszy zebranych uroczo pieścił głos Joe Dassin i inne francuskie melodie, a także świąteczne pastorałki i dżingołbelsy.

6. Jakby wątków czeskich było mało, podczas spotkania do Pana Rexa niespodziewanie zadzwonił Gužik Martin, zainteresowany kupnem pewnego elementu pieca centralnego ogrzewania.

7. Rozmawiano o lokalnych wydarzeniach w szkolnictwie, a potem szerzej o edukacji w kraju – niestety, nie wygląda to optymistycznie. Poruszono temat sytuacji w polskim kościele katolickim. Dyskutowano o oczekiwaniach młodych względem wynagrodzenia za wykonywaną pracę. O deficycie osób z tak zwanym fachem w ręku. O bezradności osób w obliczu awarii sprzętu AGD. O odwiedzonych wystawach. O otrzymanych w ostatnim czasie wyróżnieniach konkursowych (Mały Lord osobiście odebrał gratulacje). O przygotowaniach do świąt, a zwłaszcza o szale sprzątania, w który wpadły niektóre Uczestniczki (tak, Stefa, to o Tobie). Potwierdzono termin tradycyjnego wyjazdu do miasteczka na wzgórzu – 29 grudnia, godzina popołudniowa.

8. Spotkania książkowe w 2026 roku rozpoczną się od „Wellness” Johnatana Hilla. Można przynieść jedzenie kojarzące się z dobrostanem ducha i/lub ciała. Mile widziane będą potrawy o właściwościach uzdrawiających. Woda z Lourdes też może być. Widzimy się 9 stycznia.

Radosnych Świąt! Niech dobry humor Was nie opuszcza!

Bądźcie zdrowi!

k.





wtorek, 9 grudnia 2025

Przypominajka przed "Świętem nieistotności" Milana Kundery

Nie jak niespodziewany samotny wędrowiec, ale jak dobrze znany gość Kundera znowu przybędzie na spotkanie książkowe - tym razem grudniowe, okołoświąteczne. Porozmawiamy o tym, jak to jest być starzejącym się mężczyznom, i o co chodzi z tymi gołymi pępkami.

Piątek w okolicach godziny 17.00.

środa, 26 listopada 2025

"Wieloryb i koniec świata" Johna Ironmongera


Protokół po "Wielorybie i końcu świata" Johna Ironmongera

Ahoj!

Spotkanie listopadowe – trochę inne niż zwykle.

1. W czwartek, a przez to trochę krócej. U Stefy, która zaprezentowała swoją odnowioną, odświeżoną kuchnię. W okrojonym składzie, bo nawet bez pałętającego się w pobliżu Małego Lorda. Jednak liczba poruszonych tematów i wyrażonych opinii była na standardowym poziomie, czyli duża.

2. Książka wieczoru spodobała się, dobrze się ją czyta, daje do myślenia. Opisuje małą kornwalijską społeczność w sytuacji ekstremalnej - w czasie wybuchu pandemii. Temat niestety nam znany. Ale największe wrażenie robi fakt, że powieść została napisana pięć lat przed wybuchem pandemii covid-19, a zatem John Ironmonger przewidział zachowania ludzi podczas dramatycznego rozprzestrzeniania się choroby, trudności, z jakimi muszą się zmierzyć ci, którzy zachorowali, i ci, którzy przed chorobą chcą się ochronić, ci, którzy zostali zamknięci we własnych domach.

3. W kontekście książki były rozmowy Uczestniczek o izolacji na własne życzenie, a właściwie o stopniowym ograniczaniu kontaktów i mniejszym zaangażowaniu w życie społeczne – zostało to uznane za symptom nie tyle starzenia się, co dojrzewania wewnętrznego. Nie ilość, a jakość kontaktów z innymi jest ważna. Bo człowiek się zmienia. I tak ma być. Bo los to takie przewrotne coś, co lubi nas zaskakiwać. I w życiu nie zawsze musi być super-ekstra-fantastycznie z fajerwerkami. Częścią życia są problemy, troski, choroby, stress, starość i śmierć – tak już jest.

4. Rozmawiano o górskich wycieczkach i obuwiu do tego najodpowiedniejszym (kronikarski obowiązek nakazuje wspomnieć, że Królowa, zawdzięczająca wszakże swoje miano zdobyciu korony gór polskich, tuż po wejściu na szlak straciła obie podeszwy w butach – podeszwy odpadły, wstyd i hańba!, z powodu długiego nieużywania tychże butów). Dyskutowano o spotkaniu autorskim z Adamem Wajrakiem. O dalszych niezbędnych mieszkaniowych pracach remontowych.

5. Zmiana lokalizacji klubiku była przyczyną tego, że zarówno Struna, jak i Królowa zapomniały przynieść płyty z muzyką idealnie pasującą do omawianej książki. Za to wysłuchano utworów zaproponowanych przez Stefę: z płyty „Wojenka” zespołu Lao Che (bo wojna to jak koniec świata) i piosenki formacji Pustki (bo pustki kojarzą się z osamotnieniem, a osamotnienie kojarzy się z izolacją, a izolacja z pandemią). Gospodyni i gościnie nie zapomniały jednak o potrawach związanych z wielorybem, morzem i Anglią. Stefa upiekła babkę piaskową i przygotowała boskie śledzie zielone, ale w czerwieni. Struna przyniosła makaronowe muszle z tuńczykowym farszem. Do Kornwalii, w której rozgrywa się akcja książki, nawiązywały dyniowe scones, które podano z masłem i dżemem. Były krakersy w morskich kształtach, drażowe cukierki „Korsarze” i paluszki, które nawiązywały do rusztowania skrzydeł wiatraków holenderskich, a te z kolei przypominały latarnię morską. Najbardziej obrazową przekąską były jednak płetwale błękitne z jajek na twardo odpoczywające na talerzu imitującym fale rozbijające się na plaży, podane z sosem różowym (bo wieloryby podane z ketchupem byłyby zbyt drastyczne).

6. Ważnym elementem spotkania były prace nad stworzeniem listy klubikowych pretekstów książkowych na następne co najmniej 12 miesięcy. I tak:

Styczeń 2026 – Jonathan Hill „Wellness”

Luty – Henry James „Portret damy”

Marzec – Stefan Żeromski “Przedwiośnie”

Kwiecień – „Nie ma co” Mahsa Mohebali

Maj - Morris Meterlinck “Inteligencja kwiatów”

Czerwiec – Ann Patchett „Stan zdumienia”

Lipiec – Jack Kerouac „W drodze”

Sierpień – Szymon Drobniak „Czarne lato. Australia płonie”

Wrzesień – Hanna Krall / Wojciech Tochman „Pożegnanie z Narwią”

Październik - Clarissa Pinkola Estes „Biegnąca z wilkami”

Listopad – Gunter Grass „Blaszany bębenek”

Grudzień – Gabriela Zapolska “Moralność pani Dulskiej”

Styczeń 2027 – Adam Wajrak „Na Północ. Jak pokochałem Arktykę”

Luty – Leonora Carrington „Trąbka do słuchania”

Marzec – Berenika Lenard i Piotr Mikołajczak „Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii”

Kwiecień – Jakub Małecki „Saturnin”

Jak zwykle pojawia się zastrzeżenie i ostrzeżenie, że powyższy wykaz ma charakter orientacyjny i rekomendacyjny i że zmiany są jak najbardziej dozwolone.

7. Koniec 2025 roku świętować będziemy z Milanem Kunderą i jego „Świętem nieistotności”. Widzimy się 12 grudnia, obowiązuje kuchnia świąteczna. A tuż przed sylwestrem Uczestniczki wybierają się do coroczny, tradycyjny, miły wyjazd do pewnego małego miasteczka pośród gór.

Do zobaczenia!

k.








wtorek, 11 listopada 2025

Przypominajka przed "Wielorybem i końcem świata" Johna Ironmongera

Każda/y, kto umie widział wieloryba lub umie śpiewać jak wieloryb, każda/y, kto był w Kornwalii i/lub każda/y, kto przeżył izolację społeczną z powodu pandemii, niech się czuje zaproszona/y i niech wpada w najbliższy piątek na listopadowe pogaduszki o końcu świata i nie tylko.

piątek, 24 października 2025

"Wybrakowane. Jak leczono kobiety w świecie stworzonym przez mężczyzn" Elinor Cleghorn


Protokół po "Wybrakowanych" Elinor Cleghorn

Na zdrowie!

1. Po takich książkach jak „Brakująca połowa dziejów” czy „Chłopki” oczekiwania Uczestniczek względem „Wybrakowanych” były spore. Lektura okazała się nieco rozczarowująca.

A to dlatego, że, po pierwsze, została napisana przez cierpiącą na chorobę przewlekłą kobietę. Po drugie, koncentruje się na Stanach Zjednoczonych i Anglii, po macoszemu traktując resztę świata, w której przecież również są chorujące kobiety. Po trzecie, temat leczenie kobiet na przestrzeni wieków opisuje z perspektywy kobiety historycznie skrzywdzonej przez mężczyzn, nie siląc się na obiektywizm, uznający między innymi ogólnie nikłą wiedzę medyczną dostępną dawniej.

To prawda: historia leczenia kobiet to ogromny temat, wymagający wielkich nakładów czasu i pracy. Autorka być może nimi nie dysponowała, stąd brak szerszego spojrzenia z jednej strony, ale z drugiej strony ujęcia dodatkowych elementów (zestawienie ze sposobem leczenia mężczyzn w analogicznym okresie, podejście medyczne w przypadku kobiet ze świata „niezachodniego” czy innych kategorii chorób).

Ze stronic książki słychać głos domagający się prawa kobiet do dokonywania wyboru, do samostanowienia o swoim ciele, co stoi nieco w sprzeczności z równoczesnym domaganiem się wzięcia części odpowiedzialności przez mężczyzn za antykoncepcję i aborcję.

Autorce chyba trudno pogodzić się z tym, że mimo tylu wieków „eksperymentowania” medycznego na kobietach, lekarze nadal są bezradni, stawiają błędne diagnozy lub leczą po omacku, że wiele chorób jest nadal niewyjaśnionych i nieuleczalnych.

Po lekturze „Wybrakowanych” ma się wrażenie, że autorka dotarła do materiałów udowadniających jakąś zmowę, spisek, wielki plan całkowitego podporządkowania sobie (a może nawet zniszczenia) kobiet przez mężczyzn, a zwłaszcza mężczyzn w sutannach. Elinor Cleghor utożsamia się z kobietami doświadczającymi bólu i poniżenia na przestrzeni wieków – cierpi razem z nimi.

Dużo w tej książce również żalu nad sobą, nad tym, jak ten świat jest urządzony, nad byciem chorą kobietą we współczesnej Anglii. „Wybrakowane” to trochę forma autoterapii – i w porządku, jeśli to pomoże autorce poczuć się lepiej w chorobie, to trzymamy za nią kciuki i życzymy wszystkiego najlepszego.

2. Uczestniczki generalnie są w dobrym zdrowiu. Bo przecież nie warto wspominać o chrypce będącej pozostałością infekcji gardła (Struna), okazjonalnym kaszlu po wirusie złapanym gdzieś podczas wyjazdu urlopowego (Królowa) czy kichaniu i alergicznie zakatarzonym nosie (Mały Lord). Głowy też (a może przede wszystkim) w porządku. Jednak przy takiej lekturze nie mogło zabraknąć rozmów o niedomaganiach bliskich i znajomych, sprzyjającej przeziębieniom i depresjom jesieni czy o chorobach autoimmunologicznych (Stefa była pod wrażeniem ostatnio przeczytanej na ten temat książki).

3. Więcej niż o chorobach mówiono na szczęście o zdrowiu, a właściwie o sprawnym ciele i umyśle, które nadal pozwalają na pracę, spotkania, podróże. Właśnie, podróże – każda z Uczestniczek i każdy z Uczestników miał coś do powiedzenia w tym zakresie. Gruzja, Bałkany, Pieniny.

4. Dyskutowano również o początkach samodzielnego życia i studiowania Struniątka, o rybach (Uczestniczki zostały delikatnie zmuszone do obejrzenia zdjęć z dwóch oceanariów odwiedzonych w ostatnim czasie przez Małego Lorda) i rybkach (w tym przypadku Uczestniczki były zaciągnięte do pokoju Małego Lorda, w którym zademonstrowano im akwarium z 9 rybkami i 1 ślimakiem). Rozmawiano też o trudnym, zwłaszcza dla osób mieszkających w pojedynkę, temacie mieszkaniowych usprawnień i tzw. „męskich” robót domowych, a także meblach, frontach meblowych, odnawianiu płytek kuchennych, akcesoriach remontowo-budowlanych oraz o tzw. „fachowcach”.

5. Książce wieczoru towarzyszyła kuchnia wybrakowana: były słodkie ścinki, czyli kawałki wafli odrzucone podczas produkcji „miśków” napełnionych piankową masą. Były ciasteczka kruche – kokosowe, przywiezione z południa Europy. Były waflowe różowe rurki z różowym przesłodkim kremem z limitowanej edycji - z różową wstążeczką, będącą symbolem walki z rakiem piersi, na opakowaniu. Było brownie wybrakowane, bo bezglutenowe (brak glutenu wcale nie pogorszył smaku ciasta). Była sałatka z różnych dobrych dla zdrowia składników: z żurawiną (drogi moczowe), gruszką (tarczyca), dynią (witamina A), orzechami włoskimi (mózg) oraz roszpunką, tofu i kabaczkiem (błonnik i witaminy). Były mandarynki – nierówne i nieidealne, bo prosto z mandarynkowej plantacji. Była zapiekanka z warzywami z własnego ogródka, które na pewno nie spełniały wyśrubowanych norm unijnych dotyczących wielkości poszczególnych egzemplarzy. Był burek z salami i serem wędzonym – na cześć wszystkich kobiet, które przez zaborczych mężczyzn i religię zmuszane są do noszenia burki. Był spleśniały ser. A do picia melisa w wersji extra strong – na ogólne ukojenie i wyluzowanie.

6. Słuchano kobiet: płyty „Sweet Relief” z piosenkami chorującej na stwardnienie rozsiane Victorii Williams, „Home Alive: Art Of Self Defense” i Bjork (nie wiadomo, na co choruje, ale jest już w takim wieku, że na pewno jej coś dolega).

7. Na kolejne spotkanie (14 listopada), którego bohaterem będzie „Wieloryb i koniec świata”, zapowiedziano prace nad dopełnieniem listy pretekstów książkowych na 2026 rok. Obowiązywać będzie kuchnia wielorybia (uprasza się o niekrzywdzenie tych zdumiewających zwierząt), kornwalijska lub nadmorska.

8. A na zakończenie: będąc w dojrzałym już wieku, Uczestniczki mogą chcieć zapamiętać poniższe zdanie z „Wybrakowanych” i potraktować je jako pigułkę na poprawę humoru: „Menopauza w istocie oznacza początek etapu życia kobiety, który przynosi wolność, zmianę i sprawczość”.

Bądźcie zdrowe!

k.