Protokół po "Biegnącej z wilkami" Clarissy Pinkoli Estés
A-uuuu!
Podczas
październikowego spotkania zbiorowego wycia do księżyca nie było, ale jak ktoś chciał
sobie w środku powyć indywidualnie, to proszę bardzo, można było.
1. „Biegnąca z
wilkami” była bardzo popularna w Polsce ćwierć wieku temu, wiele osób ją
przeczytało, dużo się wtedy o niej mówiło. Dziś wydaje się trochę mało
odkrywcza, miejscami zbyt oczywista, niewiele oferująca współczesnym kobietom. To
wypadkowa kilku czynników. Po pierwsze, od czasów premiery na polskim rynku „Biegnącej…”
nastąpiło rozpowszechnienie wiedzy dotyczącej kobiet, ich potrzeb, konstrukcji psychicznej,
emocji. Po drugie, w ogóle przyszła fala literatury samopomocowej, która na
czynniki pierwsze rozkłada kobiece (i nie tylko) potrzeby i emocje. Po trzecie,
rosnące doświadczenie i dojrzałość czytelniczek, sprawiają, że do porad i
wniosków zawartych w książce doszły już jakiś czas temu same. W dodatku w
czasie lektury nawiązania do baśni i legend czasem nużyły. Po stronie plusów
można zapisać stwierdzenie, że snute w kobiecych kręgach opowieści przynoszą
uzdrowienie i ukojenie - odbywające się od blisko 15 lat comiesięczne Spotkania
Pod Pretekstem Książki są tego potwierdzeniem. Warta zapamiętania jest również rekomendacja
Clarissy Pinkoli Estes, żeby znaleźć w sobie „las”, czyli taką przestrzeń, w
której kobieta w momencie trudności i niepokoju będzie mogła usiąść, wyciszyć
się i znaleźć ukojenie. No i że kobiety powinny jak najczęściej podążać za
swoim wewnętrznym głosem, który każe im tworzyć, odpowiadać na własne potrzeby
malowania, rzeźbienia, haftowania, szydełkowania i co tam komu jeszcze
przyjdzie do głowy. Podsumowując, Uczestniczki dość chłodno oceniły „Biegnącą…”,
ale nie przekreślają jej zupełnie, bo być może dla jakichś innych, młodszych
czytelniczek będzie pomocna na drodze do odnalezienia samej siebie.
2. „Biegnąca…” nie
zajęła zbyt dużo czasu w dyskusji. Za to temat książek ogólnie był poruszony po
wielokroć. Struna i Królowa omówiły niektóre ostatnio zakupione i przeczytane lektury
oraz zaczęły przyglądać się różnym listom z literaturą „must have”, a właściwie
„must read”. No bo przecież koniec roku tuż, tuż, zatem najwyższy czas wybrać
preteksty książkowe na przyszły rok. Na szczęście jest z czego wybierać. Uprasza
się Uczestniczki, żeby na spotkanie listopadowe przyszły ze swoimi propozycjami
tytułów, które warto przeczytać, a następnie w ramach klubiku omówić. Niech będzie
jak zwykle różnorodnie: reportaże, biografie, popularnonaukowe, proza, nowości,
klasyka, polskie i zagraniczne, krótkie i „cegły”, autorzy dotąd nieobecni na
klubiku i ewentualnie ci znani z wcześniejszych spotkań.
3. Ale nie samymi
książkami człowiek żyje. Sporo rozmawiano o szkołach i bardzo niepokojącym obecnym
stanie systemu edukacji, zwłaszcza w kontekście ostatnich przerażających
wydarzeń. Polskie szkoły chyba nie nadążają za zmianami w życiu dzieci i ich
rodziców. Dochodzi do tego utrata poczucia bezpieczeństwa, odczuwana zarówno
przez uczniów, jak i przez nauczycieli. Wizja, gdy naszych dzieci nie będzie
miał kto uczyć, bo nie będzie wystarczającej ilości nauczycieli, staje się
coraz bardziej prawdziwa. Praca w szkole wyczerpuje psychicznie jak mało która.
A uczniowie? – dzieci, które nie do końca rozumieją, co się dzieje, ale za to
uważnie obserwują, wszystko słyszą, a potem, w tych chwilach tuż przed
zaśnięciem, w głowach, po swojemu to sobie interpretują.
4. Spotkanie, mimo
poruszonych arcytrudnych tematów, miało i elementy wesołe, niosące nadzieję na
przyszłość. I tak oto Mały Lord zademonstrował Cioci Strunie swoją rozrastającą
się w dużym tempie kolekcję skał i minerałów oraz kontynuowaną pasję
ichtiologiczną. Struna opowiedziała o pierwszych poważnych pracach poszukiwawczo-historycznych
Struniątka, które, kto wie, może się zakończą lokalną publikacją (trzymamy
kciuki). Kicia zdała relację z pierwszej wyprawy Kiciątka do kina na film o
Puciu. Dokonano również unboxingu z wydawnictwa Stryszek, który ukazał zebranym
przecudowne, nasycone kolorami, ciepłe, piękne, radosne książkę i kalendarz o
kotach i z kotami. Natomiast żywą ilustrację do tego fragmentu spotkania stanowiła
bookcat Czikita.
5. „Biegnąca…”
przyniosła ze sobą dziką kuchnię. Były placuszki ziemniaczane z sosem z dziko
rosnących w lesie grzybów oraz rogaliki z marmoladą z dzikiej róży – oba dania
wyszły spod rąk Królowej, choć grzyby zebrane zostały przez jej mamę. Była
sałatka – misa obfitości dla zdrowia kobiet i nie tylko – z wszelkimi możliwymi
witaminami, świeżym szpinakiem, oliwą, miodem wrzosowym, zachwalanymi ostatnio jeżynami, różnymi
pestkami – o szczegółową listę składników można pytać Strunę. Był śmierdzący
ser raclette, ciasteczka marcepanowe i wino 0% alkoholu przyniesione przez
Kicię. Pito herbatę z dzikich owoców leśnych i napar z ziół górskich.
6. Słuchano ścieżki
dźwiękowej do filmu (i książki) „Into the wild”, piosenek Marka Grechuty (w tym
„W dzikie wino zaplątani”), płyty zespołu "Screaming Trees", Nick Cave and the Bad Seeds „Wild god”.
W planach były także albumy Enchanted Hunters „Peonia”, Bjork „Homogenic” i
Jeffa Buckleya (zabrakło na nie czasu).
7. W listopadzie
omówiony zostanie „Blaszany bębenek” Guntera Grassa, któremu towarzyszyć będzie
kuchnia pruska. Jeśli ktoś nie czuje się na siłach, żeby przeczytać tę niełatwą
lekturę, obejrzenie filmu będzie wystarczające. Temat zostanie podjęty 13
listopada. I od razu w kalendarze uprasza się wpisać pod datą 11 grudnia spotkanie
klubikowe i „Moralność pani Dulskiej”.
To tyle w
październiku.
Niech ta dzika,
bosa kobieta nadal biegnie sobie z wilkami.
k.
