sobota, 12 września 2015

"Żar" Sándor Márai

Żar (ebook) – Sándor Márai  Protokół po "Żarze" Sándora Máraiego


Było krótko, ale intensywnie.
Kolejne, wrześniowe Spotkanie Pod Pretekstem Książki za nami. Głównym bohaterem wieczoru był 160-stronicowy „Żar”, którego autorem jest węgierki pisarz Sándor Márai (właściwie Sándor Károly Henrik Grosschmid de Mára).

1. Opinie były ekstremalnie różne: Strunie „Żar” niezwykle się podobał, według Poldzi natomiast była to najnudniejsza, najgorsza książka jaką kiedykolwiek czytała ever. Opinie Koraliny i Królowej były dość pochlebne.

2. Konstrukcja książki nasuwała nam na myśl sztukę teatralną, przypominała deski w teatrze, na których widzimy tylko dwie postaci: Henryka i Konrada (i pojawiającą się czasem na drugim planie nianię-staruszkę). Poddano analizie wiele wątków: mistrzowskie, finalne niedopowiedzenie, zejście ze sceny bez udzielenia odpowiedzi na zasadnicze pytania, potrzeba dopowiadania sobie brakującej treści do skrawków rzeczywistości, przyjaźń chłopięca i potem młodzieńcza, różnice klasowe, różnice w poziomie wrażliwości, różnice w dostrzeganiu i odbieraniu piękna.

3. Elementem dyskusji, dzięki któremu Spotkania uzyskały kilka punktów na skali zawartości intelektualnej, było porównanie, które poczyniła podczas lektury „Żaru” Struna. Otóż uważna ta czytelniczka przy końcu strony 84 i dalej na stronie 85 znalazła fragment, który jest ewidentnym nawiązaniem do „Uczty” Platona. To odkrycie wywołało u jednych podziw dla Strunowej erudycji, a u drugich przywołało wspomnienia z czasów studenckich, kiedy to bezskutecznie zmagano się z dziełami filozofów starożytnych. Padła również propozycja, aby za miesiąc pochylić się nad wspomnianą „Ucztą”.

4. Od tajemnic z „Żaru” płynnie (sic! egri bikavér) towarzystwo przeszło do aktualnie poruszającego opinię publiczną hitlerowskiego złotego pociągu odkrytego koło Wałbrzycha. Pan Rex, specjalista od historii spiskowych, tajemniczych, niewyjaśnionych, makabrycznych i ogólnie mrożących krew w żyłach, wyraźnie się ożywił przy tym temacie, czego efektem było wygłoszenie kilku tyrad przyjętych z ogólnym zainteresowaniem.

5. Przy okazji ujawniono tożsamość tajemniczego komentatora, podpisującego się jako „afrykander”, który na naszym blogu wyraził żal z powodu niemożności przybycia na spotkanie i podyskutowanie o twórczości Maraiego. My też żałujemy, ale mamy nadzieję, że Afrykander w końcu kiedyś nas nawiedzi.

6. Żarliwa dyskusja miała również miejsce w związku z sytuacją geopolityczną na świecie (uchodźcy i imigranci) i w naszym grajdołku (władza lokalna, Romowie). Niezwykle dużo emocji jak zwykle wywołała rozmowa na temat Kościoła i religii.

7. Wniosek, który wypłynął z powyższych rozmów, był następujący: picie alkoholu wpływa na obfity porost wąsów i brody u kobiet.

8. „Żarowi” towarzyszyła, jakże by inaczej, kuchnia węgierska. Pierwsze na stół poszło leczo (Królowa) oraz naleśniki z serem i salami (Struna), które zostały tak szybko poŻARte, że nie zdążono ich sfotografować. Potem, po zaspokojeniu pierwszego głodu, częstowano się ciastem ze śliwkami węgierkami, a także jedzono świeże śliwki węgierki oraz winogrona (też na W jak Węgry – Koralina). Struna przyniosła też pikantne papryczki nadziewane serem. Poldzia, jak zwykle, wprawiła w osłupienie zebranych swoją wymyślną potrawą -  upiekła trdelniki, czyli drożdżowe zawijane rurki, które zwykle kojarzą się z Pragą lub ewentualnie Dolnym Śląskiem, jednak, jak zapewniła nas ich twórczyni, są tradycyjnym deserem węgierskim. Wszystko smakowało wybornie! A, no i oczywiście pito wspomnianą wcześniej „byczą krew”.

9. A za miesiąc, 16 października, w rocznicę wyboru Karola Wojtyły na papieża, będziemy rozmawiać o powieści inicjacyjnej, czyli o „Zmorach” Emila Zegadłowicza. Gastronomicznym wyzwaniem będzie przygotowanie potrawy bardzo lokalnej lub nawet domowej tj. charakterystycznej, opracowanej przez daną rodzinę, która nadała jej (potrawie) swoisty rys czy też niepowtarzalną nazwę.

Köszönjük! Viszontlátásra w október!

k.




wtorek, 8 września 2015

Przypominajka przed "Żarem" Sándora Máraiego



Jó napot kívánok!
Upały, jakich nie pamiętają nawet Ci, którzy w czasach komuny maluchem jeździli na Węgry na wczasy rodzinne, minęły. Żar już nie leje się z nieba. Powietrze nabiera intensywniejszych kolorów, wieczory i poranki są coraz chłodniejsze, coraz szybciej zapada zmrok. W ogrodach panoszą się dynie, cukinie, kabaczki i ostatnie pomidory koktajlowe.
Piękne te okoliczności przyrody będą tłem do zaplanowanych na piątek rozmów o literaturze węgierskiej. Sándor Márai  i jego „A gyertyák csonkig égnek”, czyli  „Żar”. Osoby zainteresowane udziałem w kolejnym Spotkaniu Pod Pretekstem Książki proszone są o stawienie się zwykłym miejscu o zwykłej porze (tj. ok. 17.00). Bookdog przyjmie pseudonim Grudosz-rudosz-kiradosz i będzie służył do bratania się (i głaskania). Pozostali uczestnicy spotkania będą i do szabli (z uwagi na brak szabli, do krojenia jedzenia użyte zostaną noże), i do szklanki (wiadomo!).
Viszontlátásra!

wtorek, 11 sierpnia 2015

"Komu bije dzwon" Ernest Hemingway

Komu bije dzwon Protokół po "Komu bije dzwon" Ernesta Hemingwaya



Salud!
1. Muchas gorąco było podczas Spotkania Pod Pretekstem „Komu bije dzwon”. Osoby obecne w ogrodzie, w którym prosto na głowę leciały papierówki i śliwki renklody, ledwie dychały, wachlowały się czym popadło (w tym oryginalnym made in China hiszpańskim wachlarzem), ale z dużym zaangażowaniem prowadziły rozmowy o odwlekanej od ponad dwóch lat książce wieczoru.

2. Strunie książka się podobała bardzo (cyt: „Kawał dobrej literatury”), Królowej też. Poldzi się nie podobała. Błyskawica nie skończyła jej jeszcze czytać, ale jak na razie miała na jej temat pozytywną opinię. Polanna książki nie przeczytała. Koralina w ogóle nie podjęła starań, aby książkę zdobyć i przeczytać (choć trzeba nadmienić, że pożyczyła egzemplarz od Struny z zamiarem zapoznania się z lekturą).

3. Hemingway niezmiernie nas zaskoczył - nie spodziewałyśmy się po nim takiej wrażliwości emocjonalnej, takiego pięknego pióra w opisach rodzącej się miłości psychicznej i fizycznej. W czasie lektury jak zwykle naszą uwagę przyciągnęła kobieta nietuzinkowa, silna, sprytna i dzielna – Pilar. Ochoczo wplatano w tok dyskusji wyrażenia z książki: co rusz kazano się komuś odplugawić, fajdano w czyjeś mleko, a jako przecinek wykorzystywano que va. Podczas zajadania słodkich, soczystych, rozpływających się w ustach kawałków arbuza przytoczono fragment książki mówiący o tym, że „melon kastylijski jest dobry do samogwałtu, a melon z Walencji do jedzenia”. Nadmieniono, że Królowa swego czasu była w miejscu, w którym urodził się Ernest Hemingway.

 4. „Komu bije dzwon” pojawiła się na naszym spotkaniu w idealnym momencie: Polanna wyjeżdża do słonecznej Espanii! Fakt ten został przyjęty ze smutkiem, gdyż Spotkania bez Polanny na pewno nie będą miały takiego charakteru jak te z Polanną. Ale cieszymy się jej szczęściem, podziwiamy za odwagę, trzymamy kciuki i życzymy wszystkiego co najlepsze na nowej, hiszpańskiej drodze życia. Aby zmotywować Polannę do zachowania w pamięci naszego skromnego czytelniczo-dyskusyjno-konsumpcyjnego grona, ofiarowano jej souvenir, który służy do czytania i do konsumowania, a przy okazji do dyskutowania.

5. Ważnym elementem spotkania były rozmowy na temat relacji damsko-męskich, małżeńskich. Mówiono o partnerstwie w związkach i o związkach bez partnerstwa. Mówiono o życiu zakonnym, o chorobach (jednoznaczny objaw starzenia się), o remontach, nowych kuchniach i budowach domów, o wyjazdach wakacyjnych bliższych (Beskidy)  i dalszych (Australia!!). Wymieniono spostrzeżenia związane z pracą przeszłą, teraźniejszą i przyszłą. Na gałęzi jabłonki wisiał maleńki tranzystorek, którego jednak nikt nie słuchał, ponieważ tłem muzycznym naszych rozmów było bicie dzwonów (sic!) z wieży kościelnej nieopodal (Struna zadała ważne pytanie: „Komu bije?”), śpiew ptaków, trzask palących się w ognisku drewienek, skwierczenie piekących się na grillu kiełbasek, cykanie świerszczy. A nad głowami zebranych bezszelestnie przeleciał klucz ptaków zmierzających na zachód (pewnie do Hiszpanii).

6. Mimo osłabiających wysokich temperatur jedzono dużo i smacznie: prażonki i cienkie kiełbaski (Struna), chlebek (Struna) z masłem czosnkowym (Błyskawica), owoce (Polanna), ciasto drożdżowe w dwóch wersjach (Błyskawica i Poldzia), szaszłyki mięsno-warzywne (Królowa), wybór win (wszyscy). Godną polecenia była grappa, czyli coś pośredniego między cydrem a winem – idealna na sierpniowe upały.

7. Wszyscy odczuli wyraźny brak na spotkaniu bookdoga – niestety, wyposażona przez naturę w gęstą sierść Gruda w temperaturze powyżej 28 stopni C ogranicza swoją aktywność do leżenia w przeciągach i w łazience. Jednakże we wrześniu, już w formie, na pewno zadowoli swoją obecnością wszystkie uczestniczki i wszystkich uczestników Spotkania, którego tematem literackim będzie „Żar” Sandora Maraiego. Widzimy się 11 września, kuchnia węgierska. Mniam.    

8. Pod koniec dyskusji o książce stwierdzono, że w „Komu bije dzwon” jest fragment, który wspaniale wpisuje się w motto naszego klubiku książkowego i pasuje do wyjeżdżającej, aby podbić świat, Polanny, a mianowicie: „Więc się nie martw, bierz, co masz, i rób swoje, a będziesz żył długo i bardzo wesoło. (…) Ważne jest nie tyle to, czego się dowiadujemy, co ludzie, których spotykamy”.
  
Do zobaczenia!!!
Adios amigos!
k.

wtorek, 4 sierpnia 2015

Przypominajka przed "Komu bije dzwon" Ernesta Hemingwaya



Uwaga chicas!
W warunkach polowych, w skwarze przypominającym hiszpańską aurę, na wzgórzu prawie takim jak Pireneje, w towarzystwie bynajmniej nie plugawym w sobotę spotkają się najbardziej oczytane chickas w okolicy, aby pożegnać wyjeżdżającą do Espania jedną z naszych chicas i aby nasłuchiwać, komu bije dzwonu (biorąc pod uwagę naszą sobotnią lokalizację należy się spodziewać mnogości donośnie bijących dzwonów).
Seeeee youuuu! 
k.

wtorek, 14 lipca 2015

"Ciemno, prawie noc" Joanna Bator

Ciemno, prawie noc - Bator Joanna Protokół po "Ciemno, prawie noc" Joanny Bator


1. Było wciąż jasno, prawie dzień, kiedy trzon grupy dyskusyjno-konsumpcyjnej debatującej w ramach Spotkań Pod Pretekstem Książki stawił się w ustalonym w ostatniej chwili miejscu, aby pochylić się nad książką Joanny Bator „Ciemno, prawie noc”.

2. To książka o pamięci, o mroku jaźni, o ciemnościach historii, o demonach drzemiących w niektórych z ludzi, o nienawiści we współczesnym społeczeństwie. To książka poruszająca, miejscami przerażająca, niekiedy wzbudzająca strach. Ujęły nas kociary - wiedźmy, które rozdawały perły Księżnej Daisy dzieciom uratowanym przez siebie. Zapadła nam w pamięć synocórka pewnej bibliotekarki, która powiedziała, że jej matka jest już na emeryturze i postanowiła zaczytać się na śmierć. Z rytmu czytania wyprowadzały nas wstawki hejterskie i bluzgi, dołowała nas duża ilość wątków związanych z molestowaniem. A główna bohaterka biega. I to bieganie odegrało ważną rolę w zakończeniu całej tajemniczej, mrocznej historii. Bator wspaniale bawi się słowami, tworzy je, zestawia w zaskakujące twory-stwory. Stwierdziłyśmy, że książki Joanny Bator przypominają nieco te napisane przez Olgę Tokarczuk (być może na podobieństwo wpływa fakt, że obie autorki umiejscawiają swoich bohaterów na Dolnym Śląsku – w Kotlinie Kłodzkiej czy nieopodal leżącym Wałbrzychu. Tak czy inaczej „Ciemno, prawie noc” to kawał świetnej literatury.

3. Struna po raz pierwszy w dziejach Spotkań nie przeczytała do końca zadanej lektury, bo nie zdążyła (ale jest usprawiedliwiona, bo czas miała wypełniony po brzegi poprzez udział w wykładach i warsztatach w pełni poświęconych judaizmowi, nietolerancji, przeszłości i jeszcze bardziej skuteczniejszemu nauczaniu dzieci i młodzieży). Królowa nie zabierała zbytnio głosu, gdyż na skutek skomasowania w ostatnim czasie licznych obowiązków zawodowo-towarzysko-społecznikowskich, nie zdołała odświeżyć sobie przeczytanej kilka miesięcy wcześniej lektury. Generalnie trzeba przyznać, że w tym roku Królowa wyraźnie zaopuściła się w czytaniu – wstyd, hańba, kompromitacja! Li i jedynie! Natomiast Koralina owszem, lekturę sobie znakomicie odświeżyła i jak z rękawa sypała wszelkimi szczegółami, objaśnieniami i wątkami z książki. A Pan Rex tylko siedział, popijał piwko i w milczeniu uważnie, skoncentrowany przysłuchiwał się prowadzonym rozmowom, jedynie od czasu do czasu wydając pojedyncze dźwięki lub wypowiadając równoważniki zdania.

4. Jeśli chodzi o pozostałych mniej lub bardziej stałych a tym razem nieobecnych uczestników Spotkań, to Polanna szykuje się do wielkiego exodusu- postanowiła pójść za głosem serca i zamieszkać u kraju ojczystym swojego osobistego Spaniarda. Stefy nie było, bo hulała na parkiecie pewnej sali weselnej (bynajmniej nie był to jej ślub). Gazela chuchała na siebie i dmuchała, próbując wrócić do dobrego samopoczucia – niniejszym życzymy jej szybkiego powrotu do zdrowia i formy towarzyskiej. Błyskawica biega. Poldzia… no właśnie, co u Poldzi?  Pelo z Mazowsza, która po udziale w czerwcowym w naszym Spotkaniu zapłonęła ochotą na stworzenie filii naszego klubiku w jej rodzinnym mieście W, zadzwoniła do Królowej w sobotę z rana (przy okazji obudziła Królową, jednakże Królowa absolutnie nie ma jej tego za złe), aby usprawiedliwić swoją nieobecność podczas spotkania. Pelo bardzo żałowała, że nie udało jej się dotrzeć na spotkanie, gdyż „Ciemno…” przeczytała i przepełniona była wrażeniami z lektury, którymi chciała się z pozostałymi uczestniczkami podzielić. Pelo, zakonotuj sobie owe spostrzeżenia – przekażesz je nam przy następnej okazji.

5. Tematami poruszanymi w wieczornej i nocnej dyskusji były wakacje, wyjazdy i przedziwne imiona zakonnic (Koralina rozważa zmianę swojego pseudo na Delfina). Dywagowano także nad upodobaniami alkoholowymi owadów z gatunku drosophila melanogaster, które, jak zaobserwowano, zdecydowanie bardziej niż cydr wolą wino. Rzecz jasno troszeczkę poplotkowano. Zrobiono także wspominkową wycieczkę do miasta będącego siedzibą naszego klubiku książkowego – próbowano odtworzyć topografię miejscowości sprzed 30 i więcej lat, przypominano sobie położenie jedynych wtedy w mieściePewexu, składnicy harcerskiej, sklepu elektrycznego, zegarmistrza, księgarni czy sklepu sportowego.

6. Muzycznie na początku, na życzenie Struny, było dość mrocznie: Tool (Pan Rex siłą woli powstrzymywał się, żeby nie przewracać oczami i nie zatkać sobie uszu). Potem już było bardziej wakacyjnie                        i optymistycznie. Przy okazji poczyniono spostrzeżenie, że muzyki przechowywanej w komputerze słucha się dużo rzadziej i trudniej. Bez wątpienia uczestniczki Spotkań w osobach Struny i Królowej zdecydowanie preferują odtwarzanie ulubionych dźwięków z płyt CD.

7. Inspirując się jednym z wałbrzyskich bloków na osiedlu Piaskowa Góra zwanym Babel, przygotowano dania i przekąski różne i różniaste: Struna przygotowała leczo-bograczo-ratatouille. Koralina obdarowała zebranych naszym ulubionym serkiem norweskim Brunost. Na stole były też muffinki z czekoladą i wiśniami własnoręcznie zebranymi przez Pana Rexa. Był też arbuz, chipsy, orzeszki, krakersy i sałatka z rukolą. Po raz pierwszy w historii Spotkań pito kompot truskawkowo-wiśniowy. Był też cydr i KaDARKa (nawiązanie do atmosfery książki wieczoru nieprzypadkowe).

8. Po długich obradach uzgodniono, że podczas kolejnego spotkania, które odbędzie się 8 sierpnia w Ogrodach Daniela, rozmawiać będziemy o książce „Komu bije dzwon” Ernesta Hemingwaya (nareszcie!).

Udanej kanikuły.
Dziękujemy za uwagę.
Do zobaczenia.
Wasza protokolantka
k.    

środa, 8 lipca 2015

Przypominajka przed "Ciemno, prawie noc" Joanny Bator



Protokolantka przypomina, że w najbliższą sobotę, trochę wcześniej niż w porze kiedy robi się ciemno, prawie noc, spotykamy się w pain-air u Struny, aby rozmawiać o książce Joanny Bator.
Z racji kanikuły kuchnia grillowa, ogródkowa i w ogóle spontaniczna, wymieszana jak w wieży Babel.
Do zo!
k.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

"Beksińscy. Portret podwójny" Magdalena Grzebałkowska



Protokół po "Beksińskich. Portrecie podwójnym" Magdaleny Grzebałkowskiej
Zapowiadało się na smutny, a co najmniej refleksyjny wieczór. Bo książkowymi bohaterami wieczoru byli Beksińscy – ojciec Zdzisław, malarz mrocznych, cmentarnych pejzaży, i syn Tomasz, tłumacz i wielbiciel muzyki z krypty.
Jednak nasza energia, witalność, radość i optymizm wzięły górę nad nastrojem książki. Mimo wielokrotnego przywoływania grona do porządku i poddawania do dyskusji tematów z dziejów rodziny Beksińskich, rozradowani uczestnicy spotkania co rusz ocierali łzy śmiechu i mocno zaciskali uda, żeby w śmiechowych konwulsjach nie posiusiać się.

Ale ad rem.
1. Na Spotkaniu Pod Pretekstem Książki gościem honorowym była Pelo z Mazowsza, która wprawdzie gustuje w kryminałach, jednak przygotowała się do uczestnictwa w dyskusji poprzez uważne wysłuchanie skrótu biografii Beksińskich wygłoszonego przez swoją koleżankę z pracy. Pelo została przez stałych uczestników spotkania powitana i przyjęta z serdeczną otwartością, co zaowocowało jej deklarację ponownego przyjazdu na nasz klubik książkowy za miesiąc. Mimo naszej wrodzonej życzliwości przypominamy jednak Pelo, że bez skrzynki lokalnego cydru, którego próbką nas poczęstowała, ma się nie pokazywać.

2. Oprócz Pelo w czerwcowym spotkaniu wzięło uczestniczyło siedem osób plus pies. Po długiej nieobecności na naszym klubiku pojawiła się Stefa – z włosem zapuszczonym do połowy pleców, z radością i miłością wymalowaną na twarzy.  Początkowo zwiędła Polanna, wycieńczona ponadgodzinną podróżą w busie-piekarniku, szybko wróciła do sił, pojąc się kolejnymi kieliszkami z napojami reanimacyjnymi. Gazela za to nic nie piła i nic nie jadła, gdyż jest w trakcie długotrwałych nieżytów żołądka- współczujemy szczerze biedaczce. Królowa dzieliła się swoimi przeżyciami związanymi z nadchodzącymi zmianami (przy okazji grupowo zaplanowano dostatnią przyszłość każdego z uczestników spotkania). Struna nie trafiała kieliszkiem do ust, w efekcie czego wino pociekło jej po nogach (z racji wieku trzeba się cieszyć, że pociekło wino, a nie mocz). Koralina z typowym dla siebie spokojem opowiadała o swoich niedalekich zawodowych planach (zazdrościmy Koralinie czasu, który będzie mieć na czytanie). A Pan Rex siedział sobie w fotelu, z uśmiechem na ustach baczenie obserwował wszystkie wprawiające się w coraz lepszy humor kobietki i głaskał dyszącego w upale bookdoga. Natomiast obecna jedynie duchem, bo chora tchawicznie Poldzia przesłała esemesowo swe pozdrowienia obecnym.

3. Magdalena Grzebałkowska napisała bardzo dobrą książkę o Beksińskich. Jeśli tylko czytelnik znajdzie w sobie odpowiednie pokłady dystansu i pozytywnego nastroju, jest w stanie bez zbytniego dołowania się przeczytać o szczegółach smutnego, nieszczęśliwego życia Beksińskich. Podczas spotkania dywagowano na temat możliwości wystąpienia zespołu Aspergera u Tomasza, o roli Zofii, żony Zdzisława w całej tej historii, o tragicznej śmierci Zdzisława.

4. Książka nie została w całości omówiona, gdyż  (w ramach samoobrony przed emocjami nostalgicznymi i smutkiem) większość jej wątków zostawała w trakcie dyskusji poddawana próbie nastroju – np. przy wzmiance o tym, że „Beksińscy” mają być wkrótce zekranizowani dworowano sobie, że rolę Zdzisława ma zagrać Chuck Norris, a w Tomasza wcieli się Arnold Schwarzenegger (ponieważ Struna bezbłędnie przeliterowała to nazwisko, pojawia się podejrzenie, czy nie ogląda ona w ukryciu filmy z Arnoldem, do czego nie chce się przyznać).

5. Przy omawianiu planu czytelniczego na najbliższe miesiące po raz kolejny wrócono do twórczości Ernesta Hemingwaya, którego już od ponad dwóch lat „Stary człowiek i …” nie może stać się bohaterem wieczoru. Za to inny książkowy mężczyzna, Christian Grey przez chwilę znowu stał się tematem radosnych rozmów – tym razem pojawił się w kontekście imion. Otóż okazało się, że wśród zebranych były aż cztery Anny: dwie z pierwszego imienia, dwie z drugiego imienia. (Są podejrzenia, że bookdog Gruda ma na drugie Anna). Natomiast Struna – i tu nawiązujemy do „Pięćdziesięciu twarzy Greya” – wyjawiła, że ona na trzecie ma Anastazja (czyżby Christian był jej świadkiem bierzmowania?).

6. Rozmawiano o nadchodzących licznych imprezach kulturalnych m.in. o Big Book Festival w Warszawie, który jednak jest zdecydowanie mniej atrakcyjny niż odbywający się w naszym little kręgu little book festiwal.  Przy okazji dyskutowania aranżacji noclegowych Struna powiedziała, że ludowe porzekadło mówi, że „gość w dom, book w dom” i że ona prowadzi „free-dom”, więc wszelkie konfiguracje sypialniane są dozwolone.

7. Z racji zamiłowania Beksińskich do kuchni chińskiej, postanowiono zaserwować chińszczyznę właśnie. Pelo ugotowała fenomenalny rosół chiński. Stefa przyniosła sałatkę z zupek chińskich. Królowa zaskoczyła zebranych i samą siebie nowatorską sałatką z kapusty pekińskiej, roboczo nazwaną „Szalony Pekińczyk”. Struna przygotowała kurczaka po seczuańsku z ryżem Uncle Ben’s (sosy-gotowce tej firmy były nagminnie spożywane przez Beksińskich). Na stole pojawiły się owoce egzotyczne i włoskie przekąski, wśród których dominowały oliwki oraz wypalające podniebienie papryczki (dla Koraliny, rzecz jasna, żadna papryczka nie była zbyt ostra). Nie mogło również braknąć mandarynek. Świętując niedawne urodziny Struna podała truskawki „pod pierzynką” – w sklepie nie było biszkoptowego spodu pod torcik, więc szybko zmieniła plany deserowe: z werwą i niewielkim brakiem koordynacji ruchowej przy posługiwaniu się mikserem ubiła śmietanę, którą z jeszcze większą werwą i już dość wyraźnie zauważalnym brakiem panowania nad sprzętem kuchennym zmieszała z serkiem mascarpone, po czym całą tą miksturą zamaszyście ozdobiła owocowy symbol czerwca. Przez przypadek na stole pojawiła się także tarta ze szparagami.

8. Na osobny akapit zasługują ciasteczka z wróżbą (fortune cookies dodawane na Zachodzie do każdej porcji chinese take away). Zadziwiające, w prawie stu procentach przepowiednie z ciasteczek były trafione i kto wie, kto wie, może sprowokują odmianę losu. Pan Rex zjadł tylko jedno ciasteczko- ale za to jakże wymowne („Nawet jastrząb może być orłem wśród wron”). W zachłanności na szepty przeznaczenia zjedzono wszystkie przygotowane (ok. 60 sztuk) ciasteczka.

9. W dyscyplinie spożywania napojów wyskokowych pobity został rekord. Statystyki: dwie osoby plus bookdog pili tylko wodę z cytryną (bookdog bez cytryny), dwie osoby piły tylko piwo (łącznie spożyli 5 półlitrowych puszek), natomiast cztery pozostałe osoby wypiły 5 butelek wina i jedną butelkę cydru czereśniowego. No cóż, wieczór był upalny, trzeba było czymś ugasić pragnienie. Zabrakło,  niestety,  pitej nagminnie przez Beksińskich pepsi.

10. Muzycznie towarzyszył nam David Bowie z piosenką „China girl”, organowe kawałki Faith No More (Struna była ostatnio na ich koncercie), Kings Of Leon (wiadomo) oraz słuchani przez Beksińskich Led Zeppelin i Dead Can Dance.

11. Po spontanicznej zmianie planów czytelniczych ustalono, że w lipcu porozmawiamy o twórczości Joanny Bator – czytamy „Ciemno, prawie noc”. Spotykamy się w sobotę 11 lipca. Kuchnia grillowo-ogniskowo-piknikowo-działkowa.

12. Lato trwa, nie poddajemy się przygnębieniu i smutkowi. Cieszymy się życiem. Carpe diem!- to hasło także znalazło się w ciasteczku – i kto je wyjął? Struna oczywiście!

Wasza protokolanta,
k.