wtorek, 19 marca 2024

"Cynkowi chłopcy" Swietłany Aleksijewicz


 Protokół po "Cynkowych chłopcach" Swietłany Aleksijewicz

Witajcie!

Czytanie takiej książki jak „Cynkowi chłopcy” w czasie, kiedy za naszą wschodnią granicą ciągle trwa woja, a Rosja wciąż chce pokazać, że jest mocarstwem i że może robić, co chce, nie jest łatwe.

1. Ta pozycja, chyba nieco mniej znana w dorobku Aleksijewicz, tak jak po jej opublikowaniu w Białorusi wzbudza dyskusję, po raz kolejny stawia pytanie, jak to jest możliwe. Jak to się stało, że aż przez 10 lat młodzi ludzie byli wysyłani do Afganistanu po to tylko, żeby powrócić w trumnie lub, jeśli żywi, z rozwaloną psychiką, ze zrujnowanym życiem. Jak to się dzieje, że naród rosyjski od dziesiątek lat tkwi w totalitaryzmie, daje się karmić propagandą, wierzy we wszystko, co im szaleńcy u władzy powiedzą. Dlaczego od ponad dwóch lat, mając za sobą dramatyczne wydarzenia wojenne XX wieku, Europa i świat pozwalają na to, aby w Ukrainie płynęła ludzka krew. Wojna to gigantyczny biznes dla wielu krajów, nawet dla tych (a może przede wszystkim dla tych) pozornie z nią nie wiązanych. Ale pieniądze to nie jedyna odpowiedź na te pytania. Aleksijewicz pyta: „Kim jesteśmy? Dlaczego z nami można robić wszystko, co się chce?”.

2. Swietłana Aleksijewicz, specjalistka od reporterskich opowieści o życiu w ZSRR, w „Cynkowych chłopcach” próbowała zachować pamięć o tych ponad 15 tysiącach radzieckich żołnierzy „internacjonalistów”, którzy zginęli podczas trwającej 10 lat wojny w Afganistanie. Próbowała również zebrać i pokazać choć część emocji tych, którzy w sposób mniej lub bardziej pośredni byli ofiarami tej wojny. Niezmiernie ciekawe światło w kontekście „Cynkowych chłopców” rzuca opisany w drugiej części proces, który autorce wytoczyły niektóre z opisanych postaci, ale tak naprawdę, jak twierdzi Aleksijewicz, proces wytoczył jej dawny reżim.

3. Każda matka, która ma choć jednego syna, czytając tę książkę czuje trwogę. Każdy rodzic czytający co wieczór bajeczki swojemu dziecku zaczyna się zastanawiać, czy nieświadomie nie karmi go mitami, opowieściami o gierojach, niezniszczalnych bohaterach, którzy swoje życie poświęcą dla sprawującego władzę, dla ojczyzny, dla idei. Każdy wychowany w czasach PRL robi przegląd swoich lektur z młodości i zaczyna dostrzegać w nich propagandę, która ukształtowała wiele powojennych pokoleń.

4. Ze względu na emocjonalny ładunek trudno się czyta „Cynkowych chłopców”. To zdarzyło się przecież nie aż tak dawno. I w pewien sposób książka ma swoją kontynuację w formie napaści Rosji na Ukrainę. A jeszcze kiedy doda się bardzo wstępnie omówiony pretekst do spotkania w kwietniu, czyli „Mój mały zwierzaku”, to już zupełnie robi się ciężko, pesymistycznie i beznadziejnie. Obecna na spotkaniu Poldzia skrytykowała dobór lektur w tym roku – że wszystkie są takie dołujące, a ona potrzebuje czegoś optymistycznego. No cóż, nie zawsze da się śmiać, kiedy wojna nie pozostaje na kartach książki, ale dzieje się właściwie tuż za drzwiami. Niemniej jednak literatura może podnosić na duchu, uprasza się więc o przedstawienie propozycji książek radosnych, zabawnych, poprawiających humor, które mogłyby zostać omówione na kolejnych spotkaniach.

5. Muzycznym tłem były aż cztery albumy amerykańskiej formacji The Afghan Whigs: „1985”, „Black love”, „Congregation” i „Gentlemen”. Na stole pojawiły się potrawy kuchni białoruskiej i afgańskiej. Stefa upiekła ciasteczka z często używanym w Afganistanie kardamonem. Struna zrobiła cybriki białoruskie, czyli idealnie okrągłe ziemniaczane kuleczki, które podała z sosem jogurtowym. Królowa przygotowała sashni, czyli białoruskie placuszki z twarożkowym farszem. Przyrządziła też khayle, to znaczy górę ryżu basmati otoczoną zasiekami z zielonego omletu, według przepisu afgańskich żydów górskich. Poldzia przyniosła pistacjowe pociski i ciasteczkowe domy, które te pociski szczęśliwie ominęły. Było też ciasto przypominające surowe góry Afganistanu.

6. Rozmawiano o różnych aktualnych tematach. O kapuście kiszonej. O remontach. O wymianie tapicerki meblowej. O planach zdobycia umiejętności szycia na maszynie (Stefa, do dzieła!). O zmęczeniu pracą. O PIT-owej gorączce. O niepokojach sercowych. O urządzaniu mieszkania i zakupie książek. O katolicyzmie w wydaniu polskim, który wyprał mózgi wielu pokoleniom to tego stopnia, że człowiek stracił kontakt z samym sobą. O zbliżających się wyborach samorządowych. O Tylor Swift – podobno jakiejś celebrytce. O papierowych samolotach zrobionych przez Małego Lorda, które Struna ochrzciła mianem „białych tulipanów” (w kontraście do „czarnych tulipanów”, czyli samolotów przywożących z Afganistanu cynkowe trumny z ciałami zabitych tam żołnierzy). O tym, żeby nie dać się zwieść skomercjalizowanej literaturze okołoholokaustowej.

7. Kolejne spotkanie zaplanowane jest na 19 kwietnia. Omówiona zostanie kolejna ciężka książka – „Mój mały zwierzaku” młodego holenderskiego pisarza Marieke Lucasa Rijnevelda. Kuchnia, wiadomo, z polderów, z tulipanowych pól, z obór wypełnionych krowami holenderkami.

Zostańcie w pokoju!

k.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz