sobota, 19 listopada 2016

"Dziewczyna z rewolwerem" Amy Stewart

Dziewczyna_z_rewolwerem_okladka  Protokół po "Dziewczynie z rewolwerem" Amy Stewart

Hello!
Przy dźwiękach muzyki country i countrypodobnej odbyło się kolejne spotkanie czytających kobiet, mężczyzn i psów. Choć i o innych zwierzętach sporo było mowy. Rekwizytem dominującym był różowy prawie stetson z gwiazdą szeryfa.

1. Wieczór poświęcony był „Dziewczynie z rewolwerem” Amy Stewart. Poldzia zażądała, żeby napisać w protokole, że książki zdecydowanie nie polecamy. Opinie pozostałych osób były bardziej pozytywne, pojawiły się słowa uznania dla autorki za zadanie sobie trudu w zdobyciu informacji historycznych na temat prawdziwej Constance Kopp i innych postaci, które za sprawą pióra Stewart, stały się bohaterami powieści. Powieści poprawnie napisanej (choć w książce znaleziono sporo błędów redakcyjnych i korektorskich), jednak bez większej głębi. Ta książka jest  o tym, żeby „nie tchórzyć, kiedy dzieje się coś złego – nam lub komuś innemu. Nie uciekamy i nie chowamy się”. Constance Kopp była odważna i mimo trudnej sytuacji, w jakiej znajdowały się kobiety na początku dwudziestego wieku w Stanach Zjednoczonych, dostępnymi środkami walczyła o sprawiedliwość i zadośćuczynienie za krzywdy.

2. Książka rozczarowuje pod względem przewidywalności akcji i „bladych” charakterów. Dziwi rozgłos, który premiera „Dziewczyny…” miała na polskim rynku czytelniczym, gdzie mówiono, że to książka o pierwszej kobiecie-szeryfie. Sądzono, że czas i miejsce akcji to wczesny głęboki Dziki Zachód. Okazało się ostatecznie, że Constance na końcu książki dostaje propozycję objęcia stanowiska zastępcy szeryfa, a jej zadanie to nie uganianie się za złymi kowbojami i ściganie wyjętych spod prawa złoczyńców, ale praca detektywistyczno-policyjna. Niby podobne, ale jednak inne. Strunie brakowało w książce fotografii prawdziwej Constance Kopp. Nieco szokująco brzmiały wszystkie przytoczone w lekturze nagłówki z gazet przedstawione jako pochodzące z epoki. 

3. Pomimo że w książce w kwestii gastronomicznej (z racji rodowodu rodziców sióstr Kopp) dominuje kuchnia europejska, u nas jednak królowała kuchnia „dzika”. Pito piwo o smaku cydru pod nazwą „Dziki sad”, pito „Dzikie wino” – bezalkoholowy napój jabłkowo-winogronowy, pito kalifornijskie wino alkoholowe (w spożyciu przodowała Poldzia), pito również herbatę z dzikiej róży. W sferze jadła wykazano się dużą dozą wyobraźni i kreatywności. Stefa, która ,odziana w kowbojską koszulę w kratę, pojawiła się po raz pierwszy po długiej nieobecności, miała pomysł, żeby zaserwować tatara – surowe zmielone mięcho, którym na pewno raczyli się zdobywcy Zachodu. Jednak ostatecznie zdecydowała się na carpaccio buraczane na rukoli, mające imitować rozszarpane na trawie zwierzę prerii. W czasie pochłaniania carpaccio Struna, która jak rasowa kowbojka ubrana była w dżinsy, znalazła w rukoli koniczynkę. Choć nie była to koniczynka czterolistna, wierzymy, że przyniesie Strunie szczęście. Królowa upichciła czerwoną soczewicę z warzywami zawiniętą w kukurydziane placki. Konsumowano też kabanosy i suszone jabłka, które przypominały o wysuszonym mięsie i owocach wożonych przez jeźdźców w czasie konnych podróży przez amerykańskie pustkowia. Zgodnie z indiańską recepturą Struna przygotowała potrawkę z indyka, w skład której wchodziła także czerwona fasola, kukurydza, dynia i soczewica. Błyskawica upiekła kurczakowe skrzydełka z Dzikiego Zachodu oraz kowbojskiego indyka, do którego przyrządziła znakomitą surówkę białej kapusty. Poldzia przyniosła spory zapas „dzikich” ciasteczek „bezowych” (bez glutenu, bez jajek, bez czegoś tam jeszcze). Ich dzikość polegała na tym, że były zrobione m.in. z ryżu brązowego, czyli prawie z ryżu dzikiego.

4. Trawieniu sprzyjały przyjemne dla ucha pieśni Boba Dylana oraz wdzięczne melodie grane i śpiewane przez Neila Younga. W trakcie biesiadowania wymieniano się ciekawymi pomysłami kulinarnymi, przepisami, porównywano niedawno odkryte nowe smaki i potrawy. Przy okazji dyskusji gastronomicznych rozmawiano o żywieniu psów i kotów. Błyskawica ujawniła tajemnicę poliszynela dotyczącą tego, że dla swojego kotka-rekonwalescenta gotuje rosół z fileta z kurczaka, gdyż tylko owym rosołem żywi się jej pupilek. Na tapecie były również inne zwierzęta domowe (żaby, żółwie, rybki, króliki), o których najwięcej do powiedzenia miała Poldzia.

5. W ogóle Poldzia dużo mówiła. Im więcej wina wypiła, tym szybszą i bardziej kwiecistą mową się posługiwała. Zebrani z zapartym tchem wsłuchiwali się w jej wakacyjne opowieści o bezpalcym właścicielu żaglówki. Ze zdziwieniem przyjęto wiadomość, że w czasach szkolnych Poldzia była mistrzynią w rzucie piłką (nomen omen) lekarską. Pod koniec spotkania język Poldzi był już tak splątany, że zgromadzeni nie całkiem wiedzieli, czy jej pierworodny został poczęty z premedytacją czy z premedykacją. Właścicielka Azoriusza była totalnie zaskoczona zaobserwowaną sytuacją, w której Poldzia, początkowo niechętna i wroga wobec jej pięknego pieska (odgrywającego tego wieczora rolę dzikiego mustanga w kolorze prerii), w dalszej części wieczoru miziała się z Azoriuszem i nawet wzajemnie całowali się po pyszczkach. Ponadto, co jest karygodne z uwagi na młodociany wiek Azoriusza, Poldzia poiła go winem z własnego kieliszka.

6. W rozmowach poruszano się także w obszarach pracy zawodowej, dzielono się trudnościami i kłopotami, wspierano się w zmęczeniu. Poldzia ogłosiła, że obecnie potrzebny jest jej masażysta – najlepiej nagi i przystojny.

7. Ustalono też kolejny termin spotkania: 9 grudnia. Dyskutować będziemy o „Dziewczętach z Nowolipek” Poli Gojawiczyńskiej. Kuchnia lipna lub nowolipna.

No to do następnego zobaczenia!

k.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz