niedziela, 18 października 2015

"Zmory" Emila Zegadłowicza



Zmory - Zegadłowicz Emil  Protokół po "Zmorach" Emila Zegadłowicza 

Serwus-oberwus!
Zmorowatą porą zmorowaci bywalcy Spotkań Pod Pretekstem Książki zasiedli w zmorowatym lokalu, aby porozmawiać o zmorowatych Wołkowicach i „Zmorach” Emila Zegadłowicza.

1. Pierse ceba powitoć nowom dziołche w nasym gronie. Fala, młódka niekiepsko, przyniesła pysne jedzonko i biołego kruka. Nie ptoka, znacy sie, ale ksiąske o Zegadłowiczu „Pan na Gorzeniu”, którą racyj sie nie dostanie w sklepie. Musieli my troche powiedzieć Fali o poczontkach nasego klubiku i o kluczu w doborze lektur (kluczem jest brak klucza). Falę witomy i momy nadzieje, ze od teroz bedzie już stale przychodzić na nase spotkania.  

2. „Zmory” – nasermater! Co to była za dyskusja! O Wołkowicach –„urzędniczym mieście, więc dziadowskim”. O pisorzach sprzed wieku. O dzieckach w downych czasach i dzisioj. O języku w ksiązce – słowotwórstwie, myślnikach, dwukropkach i innych, używanych w nadmiarze, znakach:  z jednej strony Zegadłowicz był podobno posądzany o grafomanię, a z drugiej może wyprzedził w swoim pisarstwie wszystkich o sto lat i już wtedy używoł dzisiejsego języka fejsbukowego – pełnego - - -, :, ;) i --:,. Cięsko było się niektórym wciągnąć w lekturę (Poldzia siedła se na pindziesiontej stronie i ani chu chu dalej z cytoniem nie posła), ale nowet ci, co troski gorzyj sie do spotkania przygotowali, cynnie ucestnicyli w godaniu o ksiąsce (przy okazji Pan Rex zdradził sie, ze wbrew deklaracjom, że un nie cyto, podcytywoł ksiązke i cołkiem dobze się orientowoł w akcji). Aha, w ksiązce wołkowicka gwara została podniesiona do rangi języka beskidzkiego. Dali my Poldzi zadanie domowe: docytać „Zmory” do ostatniej strony, a w czasie czytania zwrócić uwagę na postać prostytutki Poldzi i pieska Znajdy.

3. Muzycne dziołchy, Struna i Królowa, znalozły fragment o muzykusie dziadku Vlaście Komendzie, który skonstruował między innymi harfę eolską. Harfę dziadek zawieszał w ogrodzie, wioter w niom dmuchoł, tymu dziadek nazwoł to „Grający ogród”. Czyli… Soundgarden!!! Za to żona Vlasta, babka Aninka strasnie nos przeraziła. Był to łokropny, wyuzdany, opętany żądzą seksu i piniędzy babsztyl, który własnom córke wpędził do grobu.

4. Inacyj teroz paczymy na pieśń Pierwszej Brygady Strzeleckiej, a zwłasca na fragment „Na sztos rzuciliśmy swój życia los. Na sztos! Na sztos!” (zainteresowanych odsyłamy do lektury „Zmór”). Z tematów muzycznych to przywołali my tes znaną dawnij wołkowicką dumkę, ale jej tu nie przytoczymy, bo by sie dziecka mogły zgorszyć.

5. Doszli my do wniosku, że Zegadłowicz bardzo lubił psy, co dało się wyczuć, czytając w „Zmorach” fragmenty o psie Torusiu, a zwłaszcza opisy dotyczące Znajdy z ulicy Tarzańskiej. Bookdog Gruda była wdzięczną ilustracją do przytaczanego fragmentu: „Z ziemi na krótką chwilę w kształcie zwierzęcym zjawiona – była duszkiem pogody, bezinteresownego uśmiechu”.

6. Poldzia i Pan Rex fajne rzecy godali o chłopockach, źgacach, kirusach pierońskich, wątłych pacholętach i o tym, jak to jest z głupimi śpikami, któzy zaczynajom rosnąć, dojrzewać, przemieniać się w chłopów. Niektóre fragmenty ksiązki (zwłasca te o spowiedzi i piersych doświadczeniach z kobitkami) przywodziły na myśl „Popiół i żar” Franka McCourta.

7. Struna przyniosła strasnie cięski album o downych Wołkowicach. To naprowde było cudowne, jak my se tak paczyli na fotografie miejsc, które dość szczegółowo były łopisane w „Zmorach”.  Wykorzystali my też współczesnom technologie i sprowdzili my, gdzie mógł być bajzel u Rozy „na kilometrze”. Pan Rex mówi, że to musiało być niedaleko miejsca, w którym dzisioj stoi kościół. 

8. Sporo my se godali o tym, jak się skutecznie wytłumaczyć przed policjontami, gdy uni zaczymajom kogoś na gościńcu za przekrocenie prędkości (Poldzia) lub jazdę bez włonconych świateł i zapiętych pasów (Pan Rex). Pojawił się tys postulat, aby lokalna władza zlikwidowała dwa progi zwalniające, znajdujące się na ulicy, przy której siedzibę ma nas klubik książkowy. Otóż argumentowano, że te progi narażają na niebezpieczeństwo uczestników spotkania, którzy przyjeżdżajom pojazdami na klubik, bo uczestnicy ci, w pośpiechu jadom między tymi progami i mogom wjechać czołowo na inny pojazd mknący z naprzeciwka.     

9. Pojedli my fes. Struna przeprowadziła śledztwo historyczno-kulinarne i znalozła odpowiedź na pytanie, co to była „prażucha”, która pore razy pojawiła się w „Zmorach”. Co wiencyj, Struna przygotowała takom prażuche! – to były pysne, łopiekane zimnioczki, podane z cebulkom i skwarkami. Na stole pojawiło się sporo innych, występujących w ksiązce wieczoru potraw. Były kanapki z jojkiem na twardo. Były łobwarzanki. Były flacki (przygotowane z łogromnym zaangażowaniem przez Mamę Królowej). Była hyrbota z cytrynkom i nutką waniliową (wprawdzie w ksiązce pili hyrbote z sokiem porzeczkowym, ale nie mieli my takiego soku, więc był inny dodatek). Poldzia przyniesła wafelki z wołkowickiego Mafo. A Fala upiekła plocek, który się jej kojarzy z dzieciństwem - murzynek w wersji „po pańsku”: z bakaliami, czekoladą i dekoracjami przypominającymi kamienie szlachetne. Było tes ciasto żurawinowe z nutą pomarańczową.   

10. Popili my cołkiem sporo: Struna przyniesła tokaja, czyli węgrzyna (który powinien był się pojawić podczas omawiania „Żaru”). Poldzia przyniesła wołkowickie wino Carlum. Królowa postawiła dekadencko brzmiący muscat. Fala sączyła se cały wiecór cydr warecki (dziękujemy, Pejo!). A Pan Rex wyduldoł pare pusek piwecka.

11. Pogodali my tysz o podrobach (czyli potrawach dla wegetarian, gdyż, jak wiadomo, słowo „podroby” pochodzi od określenia „podrabiane mięso”, czyli nie prawdziwe mięso) – o sercach drobiowych, żołondkach, wątróbkach. Przy okazji Struna łopowiedziała nom o swojej cioci, która z duzom przyjemnościom zjadała kurze łapki.

12. Bardzo my sie pośmioli, gdy my se godali o tatuażach – o tym, jak te wszyskie serduska, pieski, delfinki i rózycki bedom wyglondać za 30 lot. No przykłod tako róza na zwiotczałym i obwisłym ciele bedzie wyglondać jak bluszcz. 

13. Ważnym tematem rozmów było lokalne środowisko twórców sztuki i artystów. Przy tym temacie wyszło, że małżonek Poldzi jest bardzo niestereotypowym chłopem, bo i gotuje, i sprzonto w domu, i czyto (czyto tak dużo, że as zaniedbuje swoje obowiązki domowe). Pan Rex tyż cołkiem sporo robi w domu. Dzisgo, jakie to teroz chłopy som!     

14. Łodczytali my też kartke, która zawierała pozdrowienia dla uczestników Spotkań –kartka od Błyskawicy przyszła pocztą z Australii! Ciepłe myśli wysłali my do Polanny, zapuszczającej korzenie w Hiszpanii.

15. Pojawiły się śtyry propozycje książek, które mozna by przeczytać i omówić w najbliższym czasie: „Pani Dalloway” Virginii Woolf, „Samotność bogów” Terakowskiej, „Mechaniczna pomarańcza” Anthony’ego Burgessa i „Złodziejka książek” Zusaka. Ale za miesiąc pogodomy o „Frankensteinie” Mary Shelley. Kuchnia haloweenowa (dynia, czosnek itd.) lub science fiction. Widzimy się w piontek czynostego listopada.
 
16. Podsumowali my, że Zegadłowicz mioł naprowde poetyckom dusze i był bardzo wrażliwy, zwłaszcza na pienkno przyrody – no dy jak my znaleźli takie łopisy, to nie może być inoczej: „Są samym życiem - - myśli borówczeją, uszy świerszczeją, na wargach niebieski smak gorącego słońca - - zapada świadomość w mchy, jak w otchłań dziejową globu: szczęście!”.

Do szczynśliwego zobacenia za miesionc!
k.

wtorek, 13 października 2015

Przypominajka przed "Zmorami" Emila Zegadłowicza



Ziemi i niebu –dzień dobry!

Osoby zainteresowane podjęciem dyskusji na temat życia i twórczości Emila Zegadłowicza w kontekście napisanych przez niego „Zmór”, proszone są o stawienie się w najbliższy piątek 16 października ok. godz. 17.00 w lokalu do tej dyskusji przeznaczonym.
Zaznacza się, że nie należy się zbytnio przejmować tym, że za oknem ciemno, zmorowato, zimowo. Należy się nastawić na spożywanie rozgrzewających potraw i napitków (zaserwowane zostaną specjalności kuchni domowej i lokalnej) oraz bardzo energetyczną rozmowę na temat między innymi Mikołaja Srebrempisanego.

No to serwus! Do zo!

sobota, 12 września 2015

"Żar" Sándor Márai

Żar (ebook) – Sándor Márai  Protokół po "Żarze" Sándora Máraiego


Było krótko, ale intensywnie.
Kolejne, wrześniowe Spotkanie Pod Pretekstem Książki za nami. Głównym bohaterem wieczoru był 160-stronicowy „Żar”, którego autorem jest węgierki pisarz Sándor Márai (właściwie Sándor Károly Henrik Grosschmid de Mára).

1. Opinie były ekstremalnie różne: Strunie „Żar” niezwykle się podobał, według Poldzi natomiast była to najnudniejsza, najgorsza książka jaką kiedykolwiek czytała ever. Opinie Koraliny i Królowej były dość pochlebne.

2. Konstrukcja książki nasuwała nam na myśl sztukę teatralną, przypominała deski w teatrze, na których widzimy tylko dwie postaci: Henryka i Konrada (i pojawiającą się czasem na drugim planie nianię-staruszkę). Poddano analizie wiele wątków: mistrzowskie, finalne niedopowiedzenie, zejście ze sceny bez udzielenia odpowiedzi na zasadnicze pytania, potrzeba dopowiadania sobie brakującej treści do skrawków rzeczywistości, przyjaźń chłopięca i potem młodzieńcza, różnice klasowe, różnice w poziomie wrażliwości, różnice w dostrzeganiu i odbieraniu piękna.

3. Elementem dyskusji, dzięki któremu Spotkania uzyskały kilka punktów na skali zawartości intelektualnej, było porównanie, które poczyniła podczas lektury „Żaru” Struna. Otóż uważna ta czytelniczka przy końcu strony 84 i dalej na stronie 85 znalazła fragment, który jest ewidentnym nawiązaniem do „Uczty” Platona. To odkrycie wywołało u jednych podziw dla Strunowej erudycji, a u drugich przywołało wspomnienia z czasów studenckich, kiedy to bezskutecznie zmagano się z dziełami filozofów starożytnych. Padła również propozycja, aby za miesiąc pochylić się nad wspomnianą „Ucztą”.

4. Od tajemnic z „Żaru” płynnie (sic! egri bikavér) towarzystwo przeszło do aktualnie poruszającego opinię publiczną hitlerowskiego złotego pociągu odkrytego koło Wałbrzycha. Pan Rex, specjalista od historii spiskowych, tajemniczych, niewyjaśnionych, makabrycznych i ogólnie mrożących krew w żyłach, wyraźnie się ożywił przy tym temacie, czego efektem było wygłoszenie kilku tyrad przyjętych z ogólnym zainteresowaniem.

5. Przy okazji ujawniono tożsamość tajemniczego komentatora, podpisującego się jako „afrykander”, który na naszym blogu wyraził żal z powodu niemożności przybycia na spotkanie i podyskutowanie o twórczości Maraiego. My też żałujemy, ale mamy nadzieję, że Afrykander w końcu kiedyś nas nawiedzi.

6. Żarliwa dyskusja miała również miejsce w związku z sytuacją geopolityczną na świecie (uchodźcy i imigranci) i w naszym grajdołku (władza lokalna, Romowie). Niezwykle dużo emocji jak zwykle wywołała rozmowa na temat Kościoła i religii.

7. Wniosek, który wypłynął z powyższych rozmów, był następujący: picie alkoholu wpływa na obfity porost wąsów i brody u kobiet.

8. „Żarowi” towarzyszyła, jakże by inaczej, kuchnia węgierska. Pierwsze na stół poszło leczo (Królowa) oraz naleśniki z serem i salami (Struna), które zostały tak szybko poŻARte, że nie zdążono ich sfotografować. Potem, po zaspokojeniu pierwszego głodu, częstowano się ciastem ze śliwkami węgierkami, a także jedzono świeże śliwki węgierki oraz winogrona (też na W jak Węgry – Koralina). Struna przyniosła też pikantne papryczki nadziewane serem. Poldzia, jak zwykle, wprawiła w osłupienie zebranych swoją wymyślną potrawą -  upiekła trdelniki, czyli drożdżowe zawijane rurki, które zwykle kojarzą się z Pragą lub ewentualnie Dolnym Śląskiem, jednak, jak zapewniła nas ich twórczyni, są tradycyjnym deserem węgierskim. Wszystko smakowało wybornie! A, no i oczywiście pito wspomnianą wcześniej „byczą krew”.

9. A za miesiąc, 16 października, w rocznicę wyboru Karola Wojtyły na papieża, będziemy rozmawiać o powieści inicjacyjnej, czyli o „Zmorach” Emila Zegadłowicza. Gastronomicznym wyzwaniem będzie przygotowanie potrawy bardzo lokalnej lub nawet domowej tj. charakterystycznej, opracowanej przez daną rodzinę, która nadała jej (potrawie) swoisty rys czy też niepowtarzalną nazwę.

Köszönjük! Viszontlátásra w október!

k.




wtorek, 8 września 2015

Przypominajka przed "Żarem" Sándora Máraiego



Jó napot kívánok!
Upały, jakich nie pamiętają nawet Ci, którzy w czasach komuny maluchem jeździli na Węgry na wczasy rodzinne, minęły. Żar już nie leje się z nieba. Powietrze nabiera intensywniejszych kolorów, wieczory i poranki są coraz chłodniejsze, coraz szybciej zapada zmrok. W ogrodach panoszą się dynie, cukinie, kabaczki i ostatnie pomidory koktajlowe.
Piękne te okoliczności przyrody będą tłem do zaplanowanych na piątek rozmów o literaturze węgierskiej. Sándor Márai  i jego „A gyertyák csonkig égnek”, czyli  „Żar”. Osoby zainteresowane udziałem w kolejnym Spotkaniu Pod Pretekstem Książki proszone są o stawienie się zwykłym miejscu o zwykłej porze (tj. ok. 17.00). Bookdog przyjmie pseudonim Grudosz-rudosz-kiradosz i będzie służył do bratania się (i głaskania). Pozostali uczestnicy spotkania będą i do szabli (z uwagi na brak szabli, do krojenia jedzenia użyte zostaną noże), i do szklanki (wiadomo!).
Viszontlátásra!

wtorek, 11 sierpnia 2015

"Komu bije dzwon" Ernest Hemingway

Komu bije dzwon Protokół po "Komu bije dzwon" Ernesta Hemingwaya



Salud!
1. Muchas gorąco było podczas Spotkania Pod Pretekstem „Komu bije dzwon”. Osoby obecne w ogrodzie, w którym prosto na głowę leciały papierówki i śliwki renklody, ledwie dychały, wachlowały się czym popadło (w tym oryginalnym made in China hiszpańskim wachlarzem), ale z dużym zaangażowaniem prowadziły rozmowy o odwlekanej od ponad dwóch lat książce wieczoru.

2. Strunie książka się podobała bardzo (cyt: „Kawał dobrej literatury”), Królowej też. Poldzi się nie podobała. Błyskawica nie skończyła jej jeszcze czytać, ale jak na razie miała na jej temat pozytywną opinię. Polanna książki nie przeczytała. Koralina w ogóle nie podjęła starań, aby książkę zdobyć i przeczytać (choć trzeba nadmienić, że pożyczyła egzemplarz od Struny z zamiarem zapoznania się z lekturą).

3. Hemingway niezmiernie nas zaskoczył - nie spodziewałyśmy się po nim takiej wrażliwości emocjonalnej, takiego pięknego pióra w opisach rodzącej się miłości psychicznej i fizycznej. W czasie lektury jak zwykle naszą uwagę przyciągnęła kobieta nietuzinkowa, silna, sprytna i dzielna – Pilar. Ochoczo wplatano w tok dyskusji wyrażenia z książki: co rusz kazano się komuś odplugawić, fajdano w czyjeś mleko, a jako przecinek wykorzystywano que va. Podczas zajadania słodkich, soczystych, rozpływających się w ustach kawałków arbuza przytoczono fragment książki mówiący o tym, że „melon kastylijski jest dobry do samogwałtu, a melon z Walencji do jedzenia”. Nadmieniono, że Królowa swego czasu była w miejscu, w którym urodził się Ernest Hemingway.

 4. „Komu bije dzwon” pojawiła się na naszym spotkaniu w idealnym momencie: Polanna wyjeżdża do słonecznej Espanii! Fakt ten został przyjęty ze smutkiem, gdyż Spotkania bez Polanny na pewno nie będą miały takiego charakteru jak te z Polanną. Ale cieszymy się jej szczęściem, podziwiamy za odwagę, trzymamy kciuki i życzymy wszystkiego co najlepsze na nowej, hiszpańskiej drodze życia. Aby zmotywować Polannę do zachowania w pamięci naszego skromnego czytelniczo-dyskusyjno-konsumpcyjnego grona, ofiarowano jej souvenir, który służy do czytania i do konsumowania, a przy okazji do dyskutowania.

5. Ważnym elementem spotkania były rozmowy na temat relacji damsko-męskich, małżeńskich. Mówiono o partnerstwie w związkach i o związkach bez partnerstwa. Mówiono o życiu zakonnym, o chorobach (jednoznaczny objaw starzenia się), o remontach, nowych kuchniach i budowach domów, o wyjazdach wakacyjnych bliższych (Beskidy)  i dalszych (Australia!!). Wymieniono spostrzeżenia związane z pracą przeszłą, teraźniejszą i przyszłą. Na gałęzi jabłonki wisiał maleńki tranzystorek, którego jednak nikt nie słuchał, ponieważ tłem muzycznym naszych rozmów było bicie dzwonów (sic!) z wieży kościelnej nieopodal (Struna zadała ważne pytanie: „Komu bije?”), śpiew ptaków, trzask palących się w ognisku drewienek, skwierczenie piekących się na grillu kiełbasek, cykanie świerszczy. A nad głowami zebranych bezszelestnie przeleciał klucz ptaków zmierzających na zachód (pewnie do Hiszpanii).

6. Mimo osłabiających wysokich temperatur jedzono dużo i smacznie: prażonki i cienkie kiełbaski (Struna), chlebek (Struna) z masłem czosnkowym (Błyskawica), owoce (Polanna), ciasto drożdżowe w dwóch wersjach (Błyskawica i Poldzia), szaszłyki mięsno-warzywne (Królowa), wybór win (wszyscy). Godną polecenia była grappa, czyli coś pośredniego między cydrem a winem – idealna na sierpniowe upały.

7. Wszyscy odczuli wyraźny brak na spotkaniu bookdoga – niestety, wyposażona przez naturę w gęstą sierść Gruda w temperaturze powyżej 28 stopni C ogranicza swoją aktywność do leżenia w przeciągach i w łazience. Jednakże we wrześniu, już w formie, na pewno zadowoli swoją obecnością wszystkie uczestniczki i wszystkich uczestników Spotkania, którego tematem literackim będzie „Żar” Sandora Maraiego. Widzimy się 11 września, kuchnia węgierska. Mniam.    

8. Pod koniec dyskusji o książce stwierdzono, że w „Komu bije dzwon” jest fragment, który wspaniale wpisuje się w motto naszego klubiku książkowego i pasuje do wyjeżdżającej, aby podbić świat, Polanny, a mianowicie: „Więc się nie martw, bierz, co masz, i rób swoje, a będziesz żył długo i bardzo wesoło. (…) Ważne jest nie tyle to, czego się dowiadujemy, co ludzie, których spotykamy”.
  
Do zobaczenia!!!
Adios amigos!
k.

wtorek, 4 sierpnia 2015

Przypominajka przed "Komu bije dzwon" Ernesta Hemingwaya



Uwaga chicas!
W warunkach polowych, w skwarze przypominającym hiszpańską aurę, na wzgórzu prawie takim jak Pireneje, w towarzystwie bynajmniej nie plugawym w sobotę spotkają się najbardziej oczytane chickas w okolicy, aby pożegnać wyjeżdżającą do Espania jedną z naszych chicas i aby nasłuchiwać, komu bije dzwonu (biorąc pod uwagę naszą sobotnią lokalizację należy się spodziewać mnogości donośnie bijących dzwonów).
Seeeee youuuu! 
k.

wtorek, 14 lipca 2015

"Ciemno, prawie noc" Joanna Bator

Ciemno, prawie noc - Bator Joanna Protokół po "Ciemno, prawie noc" Joanny Bator


1. Było wciąż jasno, prawie dzień, kiedy trzon grupy dyskusyjno-konsumpcyjnej debatującej w ramach Spotkań Pod Pretekstem Książki stawił się w ustalonym w ostatniej chwili miejscu, aby pochylić się nad książką Joanny Bator „Ciemno, prawie noc”.

2. To książka o pamięci, o mroku jaźni, o ciemnościach historii, o demonach drzemiących w niektórych z ludzi, o nienawiści we współczesnym społeczeństwie. To książka poruszająca, miejscami przerażająca, niekiedy wzbudzająca strach. Ujęły nas kociary - wiedźmy, które rozdawały perły Księżnej Daisy dzieciom uratowanym przez siebie. Zapadła nam w pamięć synocórka pewnej bibliotekarki, która powiedziała, że jej matka jest już na emeryturze i postanowiła zaczytać się na śmierć. Z rytmu czytania wyprowadzały nas wstawki hejterskie i bluzgi, dołowała nas duża ilość wątków związanych z molestowaniem. A główna bohaterka biega. I to bieganie odegrało ważną rolę w zakończeniu całej tajemniczej, mrocznej historii. Bator wspaniale bawi się słowami, tworzy je, zestawia w zaskakujące twory-stwory. Stwierdziłyśmy, że książki Joanny Bator przypominają nieco te napisane przez Olgę Tokarczuk (być może na podobieństwo wpływa fakt, że obie autorki umiejscawiają swoich bohaterów na Dolnym Śląsku – w Kotlinie Kłodzkiej czy nieopodal leżącym Wałbrzychu. Tak czy inaczej „Ciemno, prawie noc” to kawał świetnej literatury.

3. Struna po raz pierwszy w dziejach Spotkań nie przeczytała do końca zadanej lektury, bo nie zdążyła (ale jest usprawiedliwiona, bo czas miała wypełniony po brzegi poprzez udział w wykładach i warsztatach w pełni poświęconych judaizmowi, nietolerancji, przeszłości i jeszcze bardziej skuteczniejszemu nauczaniu dzieci i młodzieży). Królowa nie zabierała zbytnio głosu, gdyż na skutek skomasowania w ostatnim czasie licznych obowiązków zawodowo-towarzysko-społecznikowskich, nie zdołała odświeżyć sobie przeczytanej kilka miesięcy wcześniej lektury. Generalnie trzeba przyznać, że w tym roku Królowa wyraźnie zaopuściła się w czytaniu – wstyd, hańba, kompromitacja! Li i jedynie! Natomiast Koralina owszem, lekturę sobie znakomicie odświeżyła i jak z rękawa sypała wszelkimi szczegółami, objaśnieniami i wątkami z książki. A Pan Rex tylko siedział, popijał piwko i w milczeniu uważnie, skoncentrowany przysłuchiwał się prowadzonym rozmowom, jedynie od czasu do czasu wydając pojedyncze dźwięki lub wypowiadając równoważniki zdania.

4. Jeśli chodzi o pozostałych mniej lub bardziej stałych a tym razem nieobecnych uczestników Spotkań, to Polanna szykuje się do wielkiego exodusu- postanowiła pójść za głosem serca i zamieszkać u kraju ojczystym swojego osobistego Spaniarda. Stefy nie było, bo hulała na parkiecie pewnej sali weselnej (bynajmniej nie był to jej ślub). Gazela chuchała na siebie i dmuchała, próbując wrócić do dobrego samopoczucia – niniejszym życzymy jej szybkiego powrotu do zdrowia i formy towarzyskiej. Błyskawica biega. Poldzia… no właśnie, co u Poldzi?  Pelo z Mazowsza, która po udziale w czerwcowym w naszym Spotkaniu zapłonęła ochotą na stworzenie filii naszego klubiku w jej rodzinnym mieście W, zadzwoniła do Królowej w sobotę z rana (przy okazji obudziła Królową, jednakże Królowa absolutnie nie ma jej tego za złe), aby usprawiedliwić swoją nieobecność podczas spotkania. Pelo bardzo żałowała, że nie udało jej się dotrzeć na spotkanie, gdyż „Ciemno…” przeczytała i przepełniona była wrażeniami z lektury, którymi chciała się z pozostałymi uczestniczkami podzielić. Pelo, zakonotuj sobie owe spostrzeżenia – przekażesz je nam przy następnej okazji.

5. Tematami poruszanymi w wieczornej i nocnej dyskusji były wakacje, wyjazdy i przedziwne imiona zakonnic (Koralina rozważa zmianę swojego pseudo na Delfina). Dywagowano także nad upodobaniami alkoholowymi owadów z gatunku drosophila melanogaster, które, jak zaobserwowano, zdecydowanie bardziej niż cydr wolą wino. Rzecz jasno troszeczkę poplotkowano. Zrobiono także wspominkową wycieczkę do miasta będącego siedzibą naszego klubiku książkowego – próbowano odtworzyć topografię miejscowości sprzed 30 i więcej lat, przypominano sobie położenie jedynych wtedy w mieściePewexu, składnicy harcerskiej, sklepu elektrycznego, zegarmistrza, księgarni czy sklepu sportowego.

6. Muzycznie na początku, na życzenie Struny, było dość mrocznie: Tool (Pan Rex siłą woli powstrzymywał się, żeby nie przewracać oczami i nie zatkać sobie uszu). Potem już było bardziej wakacyjnie                        i optymistycznie. Przy okazji poczyniono spostrzeżenie, że muzyki przechowywanej w komputerze słucha się dużo rzadziej i trudniej. Bez wątpienia uczestniczki Spotkań w osobach Struny i Królowej zdecydowanie preferują odtwarzanie ulubionych dźwięków z płyt CD.

7. Inspirując się jednym z wałbrzyskich bloków na osiedlu Piaskowa Góra zwanym Babel, przygotowano dania i przekąski różne i różniaste: Struna przygotowała leczo-bograczo-ratatouille. Koralina obdarowała zebranych naszym ulubionym serkiem norweskim Brunost. Na stole były też muffinki z czekoladą i wiśniami własnoręcznie zebranymi przez Pana Rexa. Był też arbuz, chipsy, orzeszki, krakersy i sałatka z rukolą. Po raz pierwszy w historii Spotkań pito kompot truskawkowo-wiśniowy. Był też cydr i KaDARKa (nawiązanie do atmosfery książki wieczoru nieprzypadkowe).

8. Po długich obradach uzgodniono, że podczas kolejnego spotkania, które odbędzie się 8 sierpnia w Ogrodach Daniela, rozmawiać będziemy o książce „Komu bije dzwon” Ernesta Hemingwaya (nareszcie!).

Udanej kanikuły.
Dziękujemy za uwagę.
Do zobaczenia.
Wasza protokolantka
k.