środa, 15 maja 2024

"Chłopki. Opowieść o naszych babkach" Joanny Kuciel-Frydryszak



Protokół po "Chłopkach. Opowieści o naszych babkach" Joanny Kuciel-Frydryszak

No i wyszła z butów słoma.

1. Joanna Kuciel-Frydryszak napisała książkę zmuszającą do autorefleksji i do głębszego pogrzebania w rodzinnych historiach, do sprawdzenia, co ukryte zostało w korzeniach drzew genealogicznych i do zmierzenia się z czasem niewygodnymi szczegółami z życia babć i prababć, ale także dziadków i pradziadków. „Chłopki” dobrze się czyta, czuć, że autorka sięgnęła po ten temat również (a może przede wszystkim) ze względów osobistych. Zawarte w książce teorie poparła bogatym materiałem źródłowym. Szeroko ujęła temat życia kobiet na wsi, choć na pewno niektóre obszary można by opisać bardziej szczegółowo czy dodać do układanki obrazującej los chłopek i chłopów jeszcze inne elementy. „Chłopki” to wieś sprzed stu, stu pięćdziesięciu lat. Od tego czasu wiele się zmieniło, wiejski lud nie cierpi głodu, wiejskie dzieci nie chodzą boso i mogą uczyć się w szkole tak długo, jak tylko chcą. Obecnie mieszkanki wsi, na równi z miastowymi, korzystają z wygód i wynalazków technicznych znacząco ułatwiających im życie. Ale w sferze społecznej, psychicznej zmiany się dzieją bardzo powoli. Na wsiach opinia publiczna („co ludzie powiedzą”) nadal ma ogromne znaczenie, słowo księdza z ambony ciągle ma wielką moc, a praca kobiet cały czas jest postrzegana przez mężczyzn jako mniej ważna albo zupełnie nieważna. A kobiety nadal od rana do nocy się krzątają, nie usiedzą, zawsze sobie znajdą coś do roboty, nie uznają siedzenia po próżnicy.

2. Temat spotkania otworzył Pana Rexa, który przywołał wiele historii ze swojego dzieciństwa na wsi. Pozostałe Uczestniczki spotkania, choć wychowane prawie od początku w mieście, również miały wiele do powiedzenia o swoich relacjach z pozostałą częścią rodziny mieszkającą na wsi i o zawiłych losach przodków, a przede wszystkim dzielnych wiejskich przodkiń, które z godną podziwu determinacją, siłą i odwagą pokonywały życiowe przeszkody. W przytaczanych anegdotach rodzinnych poszukiwano wyjaśnienia własnych zachowań. To budujące, gdy sobie człowiek uświadomi, że szkoły rodzenia to współczesny wynalazek, tylko częściowo zastępujący wiedzę i doświadczenia o ciąży, porodzie, połogu przekazywane w kobiecych genach z pokolenia na pokolenie. Drugą stronę medalu stanowią wszelkiego rodzaju przesądy i zabobony, których trudno się pozbyć nawet w obecnie naukowo rozpracowanym życiu, oraz „hamujące drogowskazy”, wymagające niejednokrotnie interwencji terapeuty. Dyskusji towarzyszyła stosowna scenografia i oprawa muzyczna: Struna przyniosła chustkę na głowę noszoną przez jej babcię Helcię, na stole pojawiły się irysy z wielskiego ogródka, w tle brzmiały dźwięki z kilku płyt Kapeli Ze Wsi Warszawa. Objętościowo sporą częścią scenografii była coraz bardziej kuleczkowata, przygotowująca się do wydania na świat maluszka, Kicia - stanowiła ona wspaniałą ilustrację do omówionych bardzo wstępnie, zaplanowanych na lipiec „Akuszerek”.

3. Kuchnia chłopska, choć kiedyś monotonna i uboga odżywczo, przeżywa swój renesans, uzyskała nowoczesny, atrakcyjny dla współczesnych, sznyt. Były zatem odsmażane na patelni ziemniaki z dymką (cebulka z własnej grządki). Było ciasto drożdżowe z serem, babka ucierana i piernik. Były drożdżowe racuchy posypane cukrem pudrem. Były placuszki ziemniaczane z sosem jogurtowym. Pojawiła się również podana na liściu młodej kapusty wegetariańska „łazania”, czyli makaron łazanki z warzywami. Była także wielkomiejska tarta z mascarpone i truskawkami i kruche ciasteczka w kształcie serduszek. Pito głównie herbatę owocową.

4. Z historii pobocznych przytoczono kilka związanych ze zwierzętami. Stefa opowiedziała o tym, jak uratowała sikorkę zaplątaną w siatkę ogrodniczą. Struna powiedziała, jak podwiozła na rowerze zmęczonego motyla. Królowa mówiła o dwukrotnym ratowaniu życia jaszczurek przyniesionych do domu przez bookcata Czikitę. Kicia i Poldzia podzieliły się historiami o ratowaniu owadów: pająka i bliżej niezidentyfikowanego robaczka. Poldzia przyniosła zebranym pamiątki ze swoich podróży.

5. Następne spotkanie zaplanowane zostało na 7 czerwca. Omawiając „Ten się śmieje, kto ma zęby” Zyty Rudzkiej, zajadać się będzie potrawy z kuchni fryzjerskiej.

Nasze Babcie, Prababcie, Ciocie-babcie – mamy to po nich. Cześć ich pamięci!

k.







wtorek, 7 maja 2024

Przypominajka przed "Chłopkami. Opowieścią o naszych babkach" Joanny Kuciel-Frydryszak

Tych, którzy mają korzenie chłopskie, małomiasteczkowe lub wielkomiejskie, zapraszamy do pogrzebania w przeszłości, w swoich rodowodach i zrobienia autoanalizy zachowań obecnych w kontekście dziedziczenia cech rodzinnych.

Widzimy się w najbliższy piątek. Obowiązywać będzie kuchnia chłopek.

czwartek, 25 kwietnia 2024

"Mój mały zwierzaku" Marieke Lukasa Rijnevelda

 

Protokół po "Moim małym zwierzaku" Marieke Lukasa Rijnevelda

Uczestniczki kwietniowego Spotkania Pod Pretekstem nie spodziewały się, że będą omawiać tak trudną, ciężką, straszną, a jednocześnie tak świetnie napisaną i tak głęboką, poruszającą książkę.

1. Weterynarz, specjalista od zwierząt, mąż i ojciec, osacza 14-letnią córkę swojego klienta – osacza ją jak zwierzę, wabi, oswaja, kusi, podchodzi, zastawia zasadzki, cierpliwie czeka, aż ofiara pojawi się na celowniku, sama wpadnie w zastawione wnyki. No i bezbronne, niewinne, cielaczek, zagubione zwierzątko finalnie kończy w łapach myśliwego. Nastolatka przeżywająca trudy dorastania, a dodatkowo obciążona odejściem matki i odrzucona przez ojca, to łakomy kąsek dla dorosłego, który tak naprawdę nigdy nie dorósł, bo mu na to nie pozwolono. A w tle żona weterynarza, nauczycielka, udająca, że nie widzi zachowania swojego męża, tuszuje sprawę, a w końcu całą winę zrzuca na dziewczynkę – ofiarę tej sytuacji. Pewne sceny, pewne wątki, zostaną z czytelnikiem na długo. A „Smells Like Teen Spirit” Nirvany już nigdy nie będzie brzmiał tak samo.

2. Marieke Lukas Rijneveld – rocznik ’91, młody niderlandzki pisarz, który stworzył zachwycająco straszny obraz umysłu pedofila i jego nastoletniej ofiary. Marieke – to imię żeńskie, Lukas – męskie. Z tyłu okładki książki spogląda ze zdjęcia twórca „Zwierzaka” – chłopak z długimi włosami o dziewczęcych rysach twarzy. Nastoletnia bohaterka książki przeżywała podobne rozdwojenie płci. Obie główne postacie są opisane z taką wnikliwością, głębią i znajomością złożoności tematu, że trzeba zapytać, czy aby na pewno ta powieść jest w całości tworem wyobraźni autora.  Wygląda na zbyt dobrze napisana, żeby była fikcją. Ale może jednak lepiej jest myśleć, że dogłębne potraktowanie tematu lepiej wynika z zasłyszanych opowieści, przestudiowanej literatury psychologicznej czy zmysłu obserwacji niż z własnego doświadczenia. Kicia stwierdziła, że to najobrzydliwsza książka, jaką kiedykolwiek przeczytała. A Stefa dodała, że „Mój mały zwierzaku” jest jak zło, przed którym się ucieka: zasłania się oczy rękami, żeby nie widzieć, żeby się nie bać, ale to zło kusi, więc patrzy się dalej przez szparę między palcami.

3. Narracja to, zgodnie z określeniem Struny, „rzyganie zdaniami”. Monolog, ciąg słów, który zdawał się nie mieć końca, dialogi wplecione w długaśne zdania – wizualnie trudno się to ogarnia. Ale, co ciekawe, dobrze się czyta. Dla czytelnika nie znającego języka angielskiego wyzwaniem może być wyłapanie kontekstu we fragmentach, w których ten angielski jest użyty - niestety, bez tłumaczenia; dla Holendrów angielski jest niemal drugim językiem ojczystym, dla Polaków raczej nie. Mimo to wielkie chapeau bas dla tłumacza, Jerzego Kocha za niebywały kunszt translatorki.

4. Muzycznie zaczęto od Nirvany, ma się rozumieć – wybrzmiały płyty „Nevermind” i „In Utero”. Potem był jeszcze album sąsiadów Holandii, czyli belgijskiej grupy Deus.

5. Tło gastronomiczne stanowiła kuchnia holenderska, ale nie tylko. Były więc suszone penisy wydry, czyli pieczone wegetariańskie paróweczki. Spod rąk Kici wyszły muffiny ze śliwkami (na szczęście bez pestek, bo tak bezpośredniego nawiązania do książki chyba by nikt nie przełknął) i z serkiem holenderskim. Struna miała przygotować szparagi pod sosem holenderskim, jednak obawiała się porażki przy tym swoim „pierwszym razie” z sosem, więc ostatecznie szparagi przykryte zostały zapieczonym kołdrą z sosu beszamelowego. Pojawiły się herbatniki holenderskie. Królowa upiekła „materace”, czyli wypełnione twarogiem z krowiego mleka ciastka. W nawiązaniu do popularnych w Niderlandach wafelków stroopwaffels Stefa przyniosła piszingera z masą krówkową. Wszystkie pyszności popito zieloną jak holenderskie pastwisko herbatą.

6. Dyskusję wieczorną przerwał Pan Rex oznajmiając zebranym, że Kicia przyjechała pojazdem, na którym ktoś na brudnej masce obraźliwie narysował męskie przyrodzenie symbolizujące potępienie za nieprawidłowe parkowanie gdzieś na mieście. Kicia nie zdołała sobie przypomnieć sytuacji, w której źle zaparkowała, więc zwaliła wszystko na chuliganów z osiedla. Ten incydent nie wpłyną znacząco na ogólną atmosferę spotkania, które w dużej mierze skoncentrowane było na 2-w-1 Kici i jej przygotowaniach do rychłego podjęcia nowej roli życiowej – mamy. Zapowiada się, że będzie Kiciątko płci męskiej – to dobra wiadomość w kontekście powszechnego stwierdzenia, że chłopcy (a potem mężczyźni) mają w życiu lepiej.

7. Rozmawiano o planach wakacyjnych. Zaspojlerowano trochę książkowy pretekst majowy i powiązano pochodzenie wiejskie z nadmiernym gromadzeniem artykułów spożywczych przez część z Uczestniczek, przeciwstawiając je równocześnie lodówkowej ascezie u Struny mającej miastowe korzenie rodzinne. Rozmawiano o zadziwiającej więzi matka-syn, jej odmianach i różnych konsekwencjach w życiu dorosłych już synów. Ilustracją do tej części dyskusji był Mały Lord przytulający się na potęgę do swojej mamy, prowadzący rzeczową konwersację z Ciociami, przysłuchujący się rozmowom i zabawiający się czołgami.

8. Kolejne spotkanie, zaplanowane na 10 maja, będzie poświęcone „Chłopkom” Joanny Kuciel-Frydryszak, a towarzyszyć jej będzie kuchnia chłopska, a raczej kuchnia chłopek.

Uważajcie na swoje nastoletnie dzieci.

Do zobaczenia za miesiąc!

k.






wtorek, 16 kwietnia 2024

Przypominajka przed "Moim małym zwierzakiem" Marieke Lucasa Rijnevelda

 „Mój mały zwierzaku” – brzmi niewinnie, jak tytuł książeczki dla dzieci, na przykład takiej o próbie zaprzyjaźnienia się chłopca z kotkiem albo liskiem. Ale o czym naprawdę jest ta druga powieść bardzo młodego holenderskiego pisarza Marieke Lucasa Rijnevelda? O dziecku, owszem, ale na pewno nie dla dzieci.

Widzimy się w najbliższy piątek około 17.00.

wtorek, 19 marca 2024

"Cynkowi chłopcy" Swietłany Aleksijewicz


 Protokół po "Cynkowych chłopcach" Swietłany Aleksijewicz

Witajcie!

Czytanie takiej książki jak „Cynkowi chłopcy” w czasie, kiedy za naszą wschodnią granicą ciągle trwa woja, a Rosja wciąż chce pokazać, że jest mocarstwem i że może robić, co chce, nie jest łatwe.

1. Ta pozycja, chyba nieco mniej znana w dorobku Aleksijewicz, tak jak po jej opublikowaniu w Białorusi wzbudza dyskusję, po raz kolejny stawia pytanie, jak to jest możliwe. Jak to się stało, że aż przez 10 lat młodzi ludzie byli wysyłani do Afganistanu po to tylko, żeby powrócić w trumnie lub, jeśli żywi, z rozwaloną psychiką, ze zrujnowanym życiem. Jak to się dzieje, że naród rosyjski od dziesiątek lat tkwi w totalitaryzmie, daje się karmić propagandą, wierzy we wszystko, co im szaleńcy u władzy powiedzą. Dlaczego od ponad dwóch lat, mając za sobą dramatyczne wydarzenia wojenne XX wieku, Europa i świat pozwalają na to, aby w Ukrainie płynęła ludzka krew. Wojna to gigantyczny biznes dla wielu krajów, nawet dla tych (a może przede wszystkim dla tych) pozornie z nią nie wiązanych. Ale pieniądze to nie jedyna odpowiedź na te pytania. Aleksijewicz pyta: „Kim jesteśmy? Dlaczego z nami można robić wszystko, co się chce?”.

2. Swietłana Aleksijewicz, specjalistka od reporterskich opowieści o życiu w ZSRR, w „Cynkowych chłopcach” próbowała zachować pamięć o tych ponad 15 tysiącach radzieckich żołnierzy „internacjonalistów”, którzy zginęli podczas trwającej 10 lat wojny w Afganistanie. Próbowała również zebrać i pokazać choć część emocji tych, którzy w sposób mniej lub bardziej pośredni byli ofiarami tej wojny. Niezmiernie ciekawe światło w kontekście „Cynkowych chłopców” rzuca opisany w drugiej części proces, który autorce wytoczyły niektóre z opisanych postaci, ale tak naprawdę, jak twierdzi Aleksijewicz, proces wytoczył jej dawny reżim.

3. Każda matka, która ma choć jednego syna, czytając tę książkę czuje trwogę. Każdy rodzic czytający co wieczór bajeczki swojemu dziecku zaczyna się zastanawiać, czy nieświadomie nie karmi go mitami, opowieściami o gierojach, niezniszczalnych bohaterach, którzy swoje życie poświęcą dla sprawującego władzę, dla ojczyzny, dla idei. Każdy wychowany w czasach PRL robi przegląd swoich lektur z młodości i zaczyna dostrzegać w nich propagandę, która ukształtowała wiele powojennych pokoleń.

4. Ze względu na emocjonalny ładunek trudno się czyta „Cynkowych chłopców”. To zdarzyło się przecież nie aż tak dawno. I w pewien sposób książka ma swoją kontynuację w formie napaści Rosji na Ukrainę. A jeszcze kiedy doda się bardzo wstępnie omówiony pretekst do spotkania w kwietniu, czyli „Mój mały zwierzaku”, to już zupełnie robi się ciężko, pesymistycznie i beznadziejnie. Obecna na spotkaniu Poldzia skrytykowała dobór lektur w tym roku – że wszystkie są takie dołujące, a ona potrzebuje czegoś optymistycznego. No cóż, nie zawsze da się śmiać, kiedy wojna nie pozostaje na kartach książki, ale dzieje się właściwie tuż za drzwiami. Niemniej jednak literatura może podnosić na duchu, uprasza się więc o przedstawienie propozycji książek radosnych, zabawnych, poprawiających humor, które mogłyby zostać omówione na kolejnych spotkaniach.

5. Muzycznym tłem były aż cztery albumy amerykańskiej formacji The Afghan Whigs: „1985”, „Black love”, „Congregation” i „Gentlemen”. Na stole pojawiły się potrawy kuchni białoruskiej i afgańskiej. Stefa upiekła ciasteczka z często używanym w Afganistanie kardamonem. Struna zrobiła cybriki białoruskie, czyli idealnie okrągłe ziemniaczane kuleczki, które podała z sosem jogurtowym. Królowa przygotowała sashni, czyli białoruskie placuszki z twarożkowym farszem. Przyrządziła też khayle, to znaczy górę ryżu basmati otoczoną zasiekami z zielonego omletu, według przepisu afgańskich żydów górskich. Poldzia przyniosła pistacjowe pociski i ciasteczkowe domy, które te pociski szczęśliwie ominęły. Było też ciasto przypominające surowe góry Afganistanu.

6. Rozmawiano o różnych aktualnych tematach. O kapuście kiszonej. O remontach. O wymianie tapicerki meblowej. O planach zdobycia umiejętności szycia na maszynie (Stefa, do dzieła!). O zmęczeniu pracą. O PIT-owej gorączce. O niepokojach sercowych. O urządzaniu mieszkania i zakupie książek. O katolicyzmie w wydaniu polskim, który wyprał mózgi wielu pokoleniom to tego stopnia, że człowiek stracił kontakt z samym sobą. O zbliżających się wyborach samorządowych. O Tylor Swift – podobno jakiejś celebrytce. O papierowych samolotach zrobionych przez Małego Lorda, które Struna ochrzciła mianem „białych tulipanów” (w kontraście do „czarnych tulipanów”, czyli samolotów przywożących z Afganistanu cynkowe trumny z ciałami zabitych tam żołnierzy). O tym, żeby nie dać się zwieść skomercjalizowanej literaturze okołoholokaustowej.

7. Kolejne spotkanie zaplanowane jest na 19 kwietnia. Omówiona zostanie kolejna ciężka książka – „Mój mały zwierzaku” młodego holenderskiego pisarza Marieke Lucasa Rijnevelda. Kuchnia, wiadomo, z polderów, z tulipanowych pól, z obór wypełnionych krowami holenderkami.

Zostańcie w pokoju!

k.









wtorek, 12 marca 2024

Przypominajka przed „Cynkowymi chłopcami” Swietłany Aleksijewicz

Każdego dnia gdzieś na świecie człowiek wyciąga broń przeciw innemu człowiekowi, codziennie ktoś umiera w wojnie, o której niewiele wie. Tego nie zmienimy, taka natura człowieka, że lubi wojny, bo wojny tym nielicznym przynoszą liczne korzyści.

W najbliższy piątek zarządzamy ogólnoświatowe zawieszenie broni, ogłaszamy dzień pełen braterskiej (a przede wszystkim siostrzanej) miłości. Dozwolone są jedynie merytoryczne spory w rozmowach o literaturze, o sztuce. Spotkanie zaczniemy od „Cynkowych chłopców” noblistki Aleksijewicz

wtorek, 20 lutego 2024

"Filary Ziemi" Kena Folleta


Protokół po "Filarach Ziemi" Kena Folletta 

Ad maiorem Dei gloriam!

Spotkania Pod Pretekstem Książki istnieją już 12 lat! Rocznica wprawdzie nie okrągła, ale wywołująca podziw tylko trochę mniejszy niż ten powstały w czasie patrzenia na sklepienie gotyckiej katedry.

1. Część oficjalną obchodów rocznicowych rozpoczął marsz triumfalny z opery „Aida” Verdiego. Nastrój podniosłości został spotęgowany wystąpieniem Królowej, która odczytała treść dyplomów wystosowanych do Uczestniczek i Uczestników spotkania przez Ministerstwo Kultury i Spraw Społecznych. Treść dyplomów przedstawia się następująco:

„Na podstawie dekretu Prezydium Krajowej Rady Narodowej z okazji 12-lecia powstania Spotkań Pod Pretekstem Książki w uznaniu zasług położonych w walce z wtórnym analfabetyzmem i zniewoleniem umysłowym oraz działań podjętych na rzecz krzewienia czytelnictwa, rozpowszechniania wiedzy o kulturze i obyczajach polskich i innych krajów, przywoływania z mroków pamięci literackiej autorów zapomnianych i niedocenionych przy jednoczesnej dbałości o najwyższe standardy towarzyskie, kulinarne i muzyczne nadaje się [i tu pojawia się imię każdej z Uczestniczek i każdego z Uczestników] ‘Medal Wolności i Zwycięstwa’”. Dyplom został podpisany przez kilkoro najznamienitszych przedstawicieli literatury polskiej oraz zwieńczony ozdobnym banerem z napisem „Carpe diem”. Wraz z dyplomem każdy otrzymał stosowny złoty medal oraz odznaczenie państwowe, które przybrało formę kota lub innego zwierza z książką.

2. Nawet Mały Lord, w roli pacholęcia trzymającego pudełko z medalami i odznaczeniami, poczuł doniosłość sytuacji, tym bardziej, że zgromadzenia książkowe odbywają się dłużej niż on ma lat, więc śmiało można powiedzieć, że Spotkania to całe jego życie.

3. „Filarom Ziemi” nie poświęcono tak dużo czasu, na ile zasługiwały, jednak ci, którzy przeczytali całość, mieli bardzo pochlebne opinie. Wbrew pozorom to nie jest historyczna książka o budowaniu średniowiecznej katedry, ale sensacyjna, trzymająca w napięciu opowieść o miłości, władzy, nienawiści, radzeniu sobie z przeciwnościami losu i o umiłowaniu piękna, które wtedy służyło wychwalaniu Boga, a wypływało prosto z wrażliwego wnętrza i wykorzystywało wrodzoną inteligencję. Blisko tysiąc lat temu życie większości ludzi było niezwykle trudne. Byli jednak na swój sposób niezmiernie odważni, odważniejsi niż dzisiaj ludzie mogą być, bo bez znajomości geografii, języków obcych, bez dostępu do środków komunikacji, bez pieniędzy wyruszali w dalekie podróże. I ci, którym się udawało, wracali do domów i przekazywali swoim pobratymcom zebraną w czasie długiej wędrówki wiedzę. Ken Follett, pisarz specjalizujący się w książkach szpiegowskich i thrillerach, wspaniale zawarł w „Filarach Ziemi” swoją fascynację gotyckimi kościołami. Pewnym jest, że dzięki „Filarom” każda z Uczestniczek przy najbliższej okazji inaczej spojrzy na bryłę średniowiecznej świątyni, na szczegóły architektoniczne i wspomni setki budowniczych i rzemieślników, którzy przed wiekami w krwi i pocie wznosili mury kościołów. Uprasza się, aby w przypadku sięgnięcia przez Uczestniczki po kolejne tomy z kontynuacją opowieści zaczętej w „Filarach Ziemi”, zdać z relację z lektury.

4. Zaserwowana kuchnia średniowieczna zacnie łączyła się z książkowym pretekstem. Stefa przygotowała sałatkę Jesień Średniowiecza – na bazie kaszy pęczak. Struna zrobiła wegańskie gołąbki (bo przecież każda katedra ma swoje gołębie) z kaszą gryczaną. Nieco orientalna w smaku była zupa mniszki Kici. Królowa podała frytki z warzyw korzeniowych (pietruszka, seler, ziemniaki, marchew), do których wyraziste dipy zrobił Pan Rex. Była również surówka z rzepy. Do przegryzania było zboże (orkisz dmuchany), ciasteczka „eucharystyczne” o smaku cappuccino (nazwa, jak wiadomo, pochodząca od zakonu kapucynów) oraz jabłka suszone. W zakresie napitków była herbata Owoce Lasu, selekcja win, szampan Piccolo oraz Prosecco (wypite w ramach aneksu do poprzedniego spotkania książkowego). Kulinarnym gwoździem programu był jednak rocznicowy tort bezowy – lekki, pnący się ku górze niczym gotyckie wieżyczki katedralne, wyborny w smaku, rozpływający się w ustach.

5. Zabrakło stricte średniowiecznej muzyki, ale ta, która zabrzmiała podczas spotkania, zgrabnie wpisywała się w tematykę wieczoru. Wysłuchano płyt „The Wall” zespołu Pink Floyd oraz „Into the Labyrinth” Dead Can Dance. Pojawił się również hymn Spotkań Pod Pretekstem Książki, czyli „Sex on Fire” Kings Of Leon. Z racji tego, że Królowa została obdarowana dwupłytowym zestawem z najlepszymi piosenkami Tiny Turner, Mały Lord katował wszystkich utworem „Goldeneye”.

6. Nie da się ukryć, że dyskusja zdominowana została przez kupy: rozmawiano o wydalaniu, stolcu, badaniach układu pokarmowego. Nawet Poldzia, przytłoczona ostrą migreną, żywo perorowała o kolonoskopii. Przebiegiem rozmowy zdegustowana mocno była Struna, o czym świadczyły jej wznoszone ku sklepieniu oczy i grymas twarzy.

7, Zawnioskowano o zmianę w harmonogramie czytelniczym na ten rok. Wniosek przyjęto, w związku z tym „Chłopki”, zaplanowane pierwotnie na wrzesień, będą omówione w maju, a „Chłopi” z maja zostają przeniesieni na wrzesień. Kolejne spotkanie książkowe odbędzie się 15 marca, a jego tematem będą „Cynkowi chłopcy” Swietłany Aleksijewicz. Towarzyszyć im będą potrawy z kuchni białoruskiej i/lub afgańskiej.

Benedicat vos omnipotens Deus, Pater, et Filius, et Spiritus Sanctus.

Amen.

k.