wtorek, 7 października 2014

Przypominajką przed „Księgą Diny” Herbjørg Wassmo



Hei!
Malin moroszek nie będzie. Ale będzie brunost.
Suszonych ryb też nie będzie. Ale będą ryby, rybki, rybeczki w wielu innych postaciach i formach.
Zorzy polarnej nie będzie, ale będą ogniste kolory jesieni na drzewach za oknem.
 „Księgę Diny” podnosimy z podłogi, gdzie służyła nam za bloczek do ćwiczenia jogi, lub z krzesła, na którym pełniła funkcję poddupka dla 2-latka próbującego samodzielnie zjeść obiad przy stole.
Z „Księgą…” pod pachą przybywamy tłumnie na kolejne Spotkanie
Widzimy się (wyjątkowo) w sobotę.
Vi sees  w lørdag!

sobota, 13 września 2014

"Elizabeth i jej ogród" Elizabeth von Arnim

Elizabeth i jej ogród - Elizabeth von Arnim Protokół po "Elizabeth i jej ogrodzie" Elizabeth von Arnim




Dzień guten Morgen, evening lub Nacht (w zależności od pory czytania niniejszego protokołu, narodowości czytającej/go lub jej/jego preferencji geograficznych tudzież lingwistycznych)!

Wrześniowe Spotkanie Pod Pretekstem Książki spędziłyśmy w ogrodzie Elizabeth von Arnim, a było ono obfite w emocje i dyskusje w obszarach wszelakich.

1. Pierwszym tematem była Gazela oraz jej sprawozdanie z pierwszego miesiąca w nowym stanie cywilnym, a także ich (tj. Gazeli i Gazelowego małżonka) wysiłki w budowaniu podstawowej komórki społecznej. Panu Gazelowi dziękujemy za udzielenie zgody swojej dopiero co poślubionej żonie na spędzenie piątkowego wieczoru w naszym towarzystwie. Oprócz weselnego wina Gazela przyniosła własnoręcznie wykonane przekąski z wsadem frankfurterkowym, które były więcej niż sehr gut.

2. Drugim tematem była książka wieczoru, czyli „Elizabeth i jej ogród”. Lektura ta jest dość lekka, miejscami zabawna, zawiera kilka ciekawych fragmentów, które zostały skrzętnie wynotowane przez Strunę i Królową, jednakże z powodu tematu nr 3 (poniżej) nie było jakoś nastroju, aby urządzać pojedynki na cytaty. Wielu z nas główna bohaterka nie przypadła do gustu z racji swojego lenistwa, nieróbstwa, pasożytniczego trybu życia, który polegał tylko na bywaniu, spełnianiu swoich zachcianek i kaprysów, balowaniu, wycieczkowaniu się, odpoczywaniu oraz wydawaniu dyspozycji i rozkazów służbie. Choć z drugiej strony niektóre uczestniczki poszperały w Internecie i znalazły więcej informacji o autorce książki, która, jak się okazuje, była inteligentna, niezależna w osądach, stanowcza i jak na ówczesne czasy dość wyzwolona. A poglądy głoszone przez szowinistycznego niemieckiego męża Elizabeth można określić zdaniem: „jak się kobiety nie bije, to jej wątroba gnije”. Jak doskonale wiemy, ponad sto lat po napisaniu „Elizabeth…” ciągle znaleźć można wielu zacofanych bezmózgich tępaków i buców, którzy wyznają tę zasadę. Żenada.

3. Trzecim tematem było widoczne na naszych twarzach i ogólnie w sylwetce zmęczenie wynikające z przepracowania, zbliżającej się jesieni, a także trosk codziennych domowych. Zwłaszcza Struna była jakaś taka nie nastrojona, nie napięta, nie naciągnięta, nie drżąca. Zmęczenie to jednakże nie zdominowało naszego spotkania, w czasie którego było kilka wielce radosnych momentów m.in. ucieszył nas podbój Warszawy dokonany przez Polannę i jej sukces na gruncie zawodowym - na fali gratulacyjnej wychylono niejeden puchar pełen wina za naszą zdolną, mądrą i pracowitą Polannę, z której jesteśmy wszystkie takie dumne!

4. Czwartym tematem były książki, dziesiątki książek. Otóż omówiono krążące obecnie po fejsie i ogólnie w Internecie „łańcuszki” ulubionych książek czy podsumowania zawierające najważniejsze tytuły literatury światowej. Posługując się jedną z takich list książek, które „trzeba przeczytać przed śmiercią”, dokonano powrotu do czasów szkolnych i nieco późniejszych, przypominając sobie wszystkie znaczące lektury oraz okoliczności zapoznania się z nimi. W przeprowadzonym naprędce plebiscycie wyłoniono kilkanaście tytułów książek, które chciałybyśmy przeczytać i przedyskutować w ramach naszych kolejnych Spotkań –wygląda na to, że jeśli po drodze nie pojawi się jakaś „must read” nowość, to wiemy już, jakie będą nasze książkowe preteksty w ciągu najbliższych kilku lat! Ten fragment wieczoru należy zaliczyć do szczególnie inspirujących literacko, gdyż w niewymuszony, a wynikający najzwyczajniej z wewnętrznej potrzeby zapoznania się z klasyką, sposób motywuje do czytania and reading und lesen. A jak mawiał Frank Zappa: „Tak wiele książek, tak mało czasu”.

5. Oprócz różnorodności w tematach rozmów, na stole także widać było wielorakość: smaków i kolorów. Gastronomiczny misz-masz miał jednak swoje uzasadnienie jednoznacznie wynikające z treści książki wieczoru. Była zatem niemiecka Kartoffelsalat (Koralina). Były bułeczki drożdżowe z sauerkraut i pieczarkami. Były czekoladki, waflowe rureczki oraz żelkowe misie zakupione w sklepie należącym do niemieckiej sieci marketów. Wspomniane w punkcie pierwszym niniejszego protokołu przekąski z frankfurterkami oraz Wurst dodany do przygotowanego przez Strunę leczo były kolejnymi daniami nawiązującymi do Niemiec. Do „Elizabeth…” odwoływała się też sałatka śledziowa (a śledź to był nasz, polski, bałtycki), jak i kruche ciasteczka w kształcie różyczek. Polanna postawiła na stole wykwintne śliwki w alkoholu, ale poczekamy z ich spożyciem (wypiciem?) do listopada- wtedy będą nam lepiej smakowały.

6. Róże były na okładce książki, w formie ciasteczek, a przede wszystkim w wazonie. Subtelne, bladoróżowe, powoli otwierające swe główki w cieple naszych oddechów, zachwycające świeżością. Same sprawiłyśmy sobie tak cudny prezent, gdyż w pełni, bez specjalnego uzasadnienia zasługujemy na to, żeby otaczać się zachwycającymi kwiatami, ot, po prostu dlatego, że jesteśmy kobietami, i to w dodatku wrażliwymi na piękno.

7. Również w obszarze muzyki przeniesiono się do ogrodu -  dwukrotnie wysłuchano utworu „W moim ogrodzie” Daabu, odtworzono jedną z płyt zespołu Soundgarden. A przez resztę czasu tło dźwiękowe tworzyły piosenki angielskie z repertuaru m.in. Coldplay i Starsailor.

8. W związku ze zbliżającymi się jesiennymi chłodnymi wieczorami i nocami uznano, że dobrym pomysłem będzie zaopatrzenie się w poduszki elektryczne rozgrzewające (najlepiej energooszczędne, user friendly, wymiary powierzchni grzewczej ok. 180 cm x 50 cm x 25 cm, przystojne, nie za stare, łatwe w użytkowaniu lub z dołączoną instrukcją obsługi). Osoby będące w posiadaniu informacji o miejscu, w którym można nabyć wspomniane poduszki, proszone są o bezpośredni kontakt z administratorami tej strony.

9. Na wniosek Karoliny PL następne spotkanie odbędzie się w sobotę 11 października. Za sprawą „Księgi Diny” Wassmo Herbjørg przeniesiemy się do Norwegii. Brunost już jest, łosie i łososie zapewne też wkrótce się pojawią. Poszukamy jeszcze jakichś innych specjałów kuchni norweskiej.  

10. And last but not least. Niech Państwo Gazelowie, a zwłaszcza nasza osobista, wyhodowana na naszej własnej piersi Gazela, przyjmą od wszystkich mniej lub bardziej regularnych uczestniczek spotkań książkowych życzenia tego, aby w zgodzie, miłości (M-I-Ł-O-Ś-C-I) i obopólnym szczęściu przeżyli każdy dzień z tych wielu, które przed nimi. Mamy też cichą nadzieję, że Gazela nie zapomni o nas i że będzie na bieżąco czytać uzgodnione książki, doskonalić się w sztuce gotowania, której efekty chcemy degustować na spotkaniach i że będzie dzielić się z nami swoimi ogólnymi refleksjami na temat bycia żoną. Niech Gazela pamięta, że w naszym gronie wciąż mamy stare panny, które jak kania dżdżu łakną wiedzy i porad w zakresie pakowania się w związki małżeńskie.

To tyle na dziś.
Niniejszym kolejne spotkanie książkowe przechodzi do blogowych annałów.
Danke oraz thank you za ten przemiły wspólny wieczór.
k. 






wtorek, 9 września 2014

Przypominajka przed "Elizabeth i jej ogrodem" Elizabeth von Arnim



Przypominam, że w najbliższy Friday spotykamy się przy wurstach, sourkrautach i kartoflach.
Będziemy mieć róż na twarzy, róże w wazonie i rose w kieliszkach.
Podyskutujemy o książkach oraz o ogrodnikach, ogrodniczkach, ogródkach i ogrodach wszelakich. A także o tym, jak się nie dać jesiennej melancholii.
See you @ 16.30.
To będzie guten Abend!

niedziela, 24 sierpnia 2014

"Niebezpieczne związki" Pierre Choderlos de Laclos




https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEiOBH2pdd58CuayqqXzepyQXyfvWs-rVNzc50vhxDxG0mF9m3DsADUXkkX_7oh1lsmH740MJSTBWTyYS12zZ7CfQYOFTDiFNeONacx62pojf4ZRpme1KJeugEAdIHy6HFMIG5g-vakGHX2Y/s1600/75920279.jpg Protokół po "Niebezpiecznych związkach" Pierra Choderlosa de Laclosa



Protokolantka uniżona do Ich Wysokości Uczestników Spotkania Pod Pretekstem Książki słowa te kieruje ku pokrzepieniu serc i wywołaniu ogólnej kontentacji pisane u schyłku wakacji AD 20**


Mes amis!

„Les liaisons dangereuses”, czyli „Niebezpieczne związki”, które był popełnił  Pierre Ambroise Francis Choderlos de Laclos, zebrały nas na salonach Królowej i przyniosły duchem do XVIII-wiecznej Francji, pozostawiając w nas wielce pożyteczne i odkrywcze wnioski. Ale niechże ta opowieść zacznie się od początku.

1. U wrót naszego klubiku książkowego w ubiegły piątek pojawiły się dwie nowe persony, w tym jedna zagraniczna. Dołączyła do nas Monika z miejscowego Bewerlyhils (Bienvenue, chère Monique!) oraz –attention, attention! – hiszpański mężczyzna, który ni w ząb nie rozumiał tego, o czym przy stole dyskutowano, za to cichutko w rogu szezlongu oddawał się lekturze na swoim e-booku, tylko od czasu do czasu obdarzając uczestniczki spotkania, a szczególnie jedną z nich, wypełnionym miłością, powłóczystym spojrzeniem. Xavi to osobisty Don Juan Polanny. Przy okazji wizyty Spaniarda uczestniczki miały możliwość odświeżyć swe umiejętności lingwistyczne, co nadało spotkaniu charakter wielce międzynarodowy. Była też prezydentowa naszej stołecznej filii, en’ca minne, niepokojąco cicha i nieco przygasła tego wieczoru.

2. Książkę w całości przeczytały tylko cztery  uczestniczki spotkania, a spowodowane to było ciężkim do strawienia archaicznym językiem (tłumaczenie Boya-Żeleńskiego, więc wszystko jasne). Szkoda, bo historia doprawdy wspaniała, ale trzeba było nie lada determinacji, żeby przejść przez ten staromodny styl pisarski. Po wielokroć rozmawiano o treści książki: kto z kim, dlaczego, jak. Odniesień do ekranizacji nie poczyniono zbyt wiele.

3. Struna ubogaciła nas w informacje na temat różnicy między hrabią i wicehrabią, malarstwa barokowego Williama Hogartha, który ma w swoim dorobku sceny z życia małżeńskiego, oraz XVIII-wiecznych chorób wenerycznych. W związku z tym ostatnim wątkiem uczestniczki spotkania zaczęły inaczej spoglądać na swoje pieprzyki, znamiona czy inne naskórne plamki, mając nadzieję, że nie są one objawami syfilisu.


4. Z wniosków luźnych poksiążkowych: zamiast słowa „foch”, będziemy używać słowa „dąs”. Każde czasy mają swoją Operę, czyli miejsce, w którym rozgrywa się życie towarzyskie danego miasta. Nasze hometown również ma swoją „hipsterską operę”, jednakże nie jesteśmy jej bywalczyniami i wcale tego nie żałujemy. Nie wiedzieć czemu, ale nikt z zebranych nie chciał  uwierzyć zapewnieniom Królowej, która bardziej utożsamiała się z skromną, pobożną, niewinną i cnotliwą Cecylią, niż z zepsutą, wyrachowaną i bezwzględną Markizą.

5. Oprawa muzyczna do spotkania była wyjątkowa: najpierw francuski duet Air (m.in. ze ścieżką dźwiękową do filmu „The virgin suicides”, czyli „Przekleństwa niewinności”), Bach, Mozart i jego „Aria Królowej Nocy”, którą wysłuchano wielokrotnie, soundtrack do „Jedz, módl się i kochaj”, który szczególnie przypadł do gustu Monice, oraz – tu już bez żadnej siurpryzy – „Sex on fire” KOL.

6. Monika podzieliła się z nami niebywale przydatnymi informacjami dotyczącymi dni płodnych, poczęcia i prawdopodobieństwa urodzenia córki. Monika obiecała wżdy przeczytać „Niebezpieczne związki” do końca i profesjonalnie ocenić, w jaki sposób Cecylia przerwała ciążę: w sposób naturalny czy przy pomocy lekarza.

7. Zgodnie z ustaleniami w dziedzinie gastronomii poszłyśmy w barokowy przepych, złoto i róż. Był camembert w złotej panierce z różowym sosem „1000 wysp” podany ze złocistymi cukiniowymi paluszkami. Była różowiuteńka szynka. Był chłodnik. W departamencie deserowym rządził arbuz w formie tortu, ale towarzyszyły mu sopockie złote krówki, różowy piszinger (przy którym wspomniano twierdzenie Camilli  Lackberg, że do olśnienia mężczyzny niezbędne jest i masło, i śmietana), różowy grejpfrut, maliny, jeżyny (własnoręcznie zebrane przez Koralinę) i ciasteczka markizy z różowym nadzieniem (z których jedna została uroczyście przełamana przez en’ca minne, nawiązującą w ten sposób do zepsutej Markizy). Tradycyjnie raczono się norweskim serem w kolorze carme-love-go złota. W dziale napitków królowało różowe wino. Było też różowe Martini. Jednakże w drugiej połowie wieczoru pojawiły się trudności w ustaleniu, kto ma co w kieliszku, ponieważ towarzystwo zaszalało i zaczęło mieszać koktajl arbuzowy i z winem, i z Martini.  

8. Wystrój salonu, w którym biesiadowano, także nawiązywał do baroku. Na stole leżały sznury pereł (wieprzy w promieniu 100 metrów nie dostrzeżono), powietrze przesycone było ciężkim aromatem wanilii, maleńki złoty putto rozkosznie podpierał swoje pulchne policzki. Oddano cześć Laclosowi splatając włosy w francuza. Dodatkowo bliskie sąsiedztwo królewskiego buduaru wprowadzało w atmosferę intryganckich relacji damsko-męskich.

9. Królowa zdała szczegółową relację z wesela Gazeli. Żywimy głęboką nadzieję, że Gazela, mimo zmiany stanu cywilnego, będzie o nas pamiętać i wkrótce zaszczyci nas swoją obecnością. Bez większych emocji przyjęto wiadomość, że na owym weselu podczas oczepin Królowa złapała bukiet pani młodej – był to wszakże piąty bukiet zdobyty przez nią w ten sposób, co bezsprzecznie jest dowodem na fałsz obietnic, jaki niosą za sobą przestarzałe ludowe obrzędy, którymi łudzą się stare panny.  

10. Ponieważ w plany czytelnicze na następne miesiące wkradło się małe zamieszanie, oto aktualna rozpiska: październik - „Księga Diny”, listopad - „Sońka” Karpowicza, grudzień – „Wielkie nadzieje” Dickensa, a na życzenie Koraliny w drodze na nasze tradycyjne przedświąteczne wyciszenie posłuchamy w samochodzie „Opowieści wigilijnej”. Natomiast 12 września będzie „Elizabeth i jej ogród” Elizabeth von Arnim. Kwestie kulinarne zostaną doprecyzowane, jednakże będzie to kuchnia niemiecka lub warzywna z cyklu „dary jesieni”.

Spotkanie było udane i bezpieczne.

I już czekamy na następne.

A tymczasem pozostaję z najgłębszym szacunkiem i czcią

Waszmości powolna sługa

k.  









wtorek, 19 sierpnia 2014

Przypominajka przed "Niebezpiecznymi związkami" Choderlosa de Laclosa



Bon jour, mes dames!

Włosy na głowie ułożone w piętrowe konstrukcje?
Gorsety, fiszbiny, tiule, koronki i aksamity gotowe?
Perły przywdziane?
Ruchome pieprzyki-muszki do policzków przyklejone?
Zapasy różowego wina poczynione?
Usteczka do strojenia dąsów wyćwiczone?
Książka Choderlosa de Laclosa „Niebezpieczne związki” przeczytana?

Jeśli tak, to au revoir w najbliższy piątek ok. 16.30.
k.

niedziela, 20 lipca 2014

"Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" Mario Vargas Llosa

photo.titleProtokół po "Szelmostwach niegrzecznej dziewczynki" Maria Vargasa Llosy


      To był bajeczny wieczór!
     A przepis na to, żeby taki wieczór uzyskać, jest prosty: kilka inteligentnych, oczytanych kobiet z dużym poczuciem humoru, pyszne jedzenie, jeszcze pyszniejsze wino, dobra książka i niebo pełne gwiazd.
     Omawiałyśmy „Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki”, którą napisał peruwiański noblista Maria Vargas Llosa (właściwie Jorge Mario Pedro Vargas Llosa Marqués de Vargas Llosa – z powodu długości nazwiska współczujemy mu podczas wypełniania formularzy urzędowych).
 
1.   Na początku Królowita przekazała obecnym chicas wrażenia z lektury przekazanej jej telefonicznie przez nieobecną Beatitę. Beatita zwróciła uwagę (a jej doświadczenie życiowe to potwierdza), że w książce występuje ogromna ilość zdrobnień: imion, części ciała i innych. To ciekawe, jednak na dłuższą metę denerwujące. Bo ileż razy można podczas czytania natykać się na cycuszki, piersiątka, dziewczynki, chłopczyków, Chilijeczki i Peruwianeczki! 

2.   Beatita zrobiła również poszukiwania internetowe dotyczące zadziwiających fascynacji Japończyków, na których kobiety puszczające bąki działają bardziej niż niemieckie gwiazdy porno. Podczas spotkania doszłyśmy do wniosku, że gdyby sfilmować nasze posiedzenia, to filmiki te na YT cieszyłyby się zawrotną popularnością wśród Azjatów. I nie, nie mówimy tu o puszczaniu bąków przez nas - jako kobiety nieziemsko piękne i eteryczne, my oczywiście bąków nigdy nie puszczamy, w życiu! O czymś takim jak puszczanie bąków wiemy tylko z literatury. Mówimy tutaj o filmikach z naszym bookclub dog w roli głównej, który na poprzednim spotkaniu osiągnął wyżyny w puszczaniu gazów drugą stroną - ten rodzaj nagrania zadowoliłby nie tylko Japończyka w rodzaju opisywanego w „Szelmostwach…” Fukudy, ale i wszystkich azjatyckich zoofili.

3.     Gość wieczoru, czyli szefowa naszej mazowieckiej filii en’ca minnita wspaniale zaprezentowała zebranym liczne cytaty i fragmenty książki. Trzeba dodać, że była jedyną osobą, która tego wieczora miała sporządzone notatki z lektury.

4. Odczucia podczas czytania „Szelmostw…” były podobne: na początku nudził nas peruwiański wątek historyczny. Potem książka wciągała, ale opinie końcowe były już różne - większości podobała się historia życiowego fajtłapy, dupy wołowej Ricardita i jego famme fatale, kobiety o wielu twarzach i wcieleniach, która go wykorzystywała, porzucała i wracała, aby znów go wykorzystać i porzucić. Książka noblisty nie powaliła jednak Królowity na kolana (kogo jak kogo, ale królową trudno na kolana powalić). Jednak różnice w opiniach pozwoliły nam rozmawiać długo i wielowątkowo na temat takiej relacji, w jakiej byli Ricardito i jego Chilijeczka-Peruwianeczka.

5.   Wszystkie czytające zwróciły na to uwagę, ale Strunita najlepiej to podsumowała, że w książce bardzo ciekawa jest sama jej struktura - to, jak każdej nowej odsłonie Chilijeczki towarzyszyła historia mężczyzny, z którym na krótko (bo ten mężczyzna zwykle umierał lub w inny sposób znikał) zaprzyjaźniał się Ricardito.

6. Z racji tego, że spotkanie miało miejsce w ogródku działkowym, istotne tego wieczoru były sprawy związane z florą i fauną:
     -flora: upajałyśmy się zapachem kwitnących róż, a przybycie Polannity spowodowało gwałtowny opad papierówek z drzewa (pamiętając jej perypetie podczas lipcowego spotkania w ubiegłym roku, właściwie nie powinno nas to w ogóle dziwić);
     -fauna: bookclub dog został wypieszczony i wygłaskany przez wszystkich (oprócz Koralinity, wiadomo). En’ca minnita wygłosiła prelekcję na temat różnicy między świerszczem, cykadą i konikiem polnym (prelekcji towarzyszył dźwięk wydawany przez któregoś z tych trzech owadów). Podjęto też temat regionalizmów określających to coś, co nas atakowało i żarło na potęgę - latające potwory zwane ślepkami, gzami, bąkami lub końskimi muchami. Jak zwał, tak zwał - ślady po ugryzieniach wszystkie miałyśmy takie same.

7. Podjęłyśmy temat hipsterów obecnych w społeczeństwie oraz wśród naszych znajomych. Hipstera-samca można rozpoznać w ciągu sekundy. Rozpoznanie hipsterki-samiczki zajmuje trochę więcej czasu, gdyż odbywa się to w trakcie rozmowy m.in. o jej aktualnym hobby i fascynacjach kulturowych.

8. Bardzo ciekawym wątkiem były plany noclegowe podczas spotkania za miesiąc. Spodziewamy się gości, ale Królowita dysponuje teraz dodatkowymi możliwościami przenocowania uczestników spotkania, więc brano pod uwagę różne konfiguracje odnośnie tego kto z kim i na czym będzie spał. Uspokajamy jednocześnie Polannitę, że nikt nie zamierza uwieść jej niegrzecznego chłopczyka, zatem spokojnie może go przyprowadzić na spotkanie - wprawdzie nic nie będzie rozumiał z naszej dyskusji, ale znajdziemy mu jakieś zajęcie (mycie garów, wieczorny spacer z Gruditą, obieranie 20 kg ziemniaków, wybieranie ziaren grochu z popiołu, przetłumaczenie „Pana Tadeusza” z polskiego na hiszpański).

9. W związku z planowaną na ten wieczór kuchnią peruwiańsko-grillową Koralinita i Królowita podjęły liczne kroki, aby zdobyć świnki morskie, które miały zostać upieczone i podane zebranym (w Peru jest to podobno wielki przysmak). Ustaliłyśmy już miejsce zdobycia przewidzianych do spożycia świnek (sklep zoologiczny), jednakże przeszkodą nie do pokonania okazał się brak osoby, która by dla nas te świnki zabiła, wypatroszyła i przygotowała do pieczenia. Dlatego też zamiast świnek na stole pojawiły się inne peruwiańskie pyszności zawierające typowe dla Ameryki Południowej składniki:
    -Strunita przygotowała sałatkę z awokado, kukurydzę w kolbach oraz swój grillowy numer popisowy, czyli szaszłyczki z pieczonym boczkiem i śliwką suszoną;
    -nie mogło zabraknąć również grillowej wizytówki Koralinity, czyli ziemniaczków zapiekanych z boczusiem i cebulką;
   -przyrządzono też faszerowane papryczki (które podobno wywołały dnia następnego dolegliwości żołądkowe u en’ca minnity, jednakże z racji tego, że nikt inny nie zgłaszał uwag w tej dziedzinie, zwalniamy papryczki i osobę je przygotowującą z odpowiedzialności za ewentualną niestrawność en’ca minnity);
     -z powodu braku dostępu do zwyczajowo żutych w Ameryce Południowej liści koki pito coca-colę oraz zjedzono ciasto koka-kola, które miało taki kolor jak uda Chilijeczki. Miałyśmy wprawdzie ochotę wykonać telefon do przyjaciela, żeby zamówić u niego 2 gramy czystej kolumbijskiej koki, a potem wciągnąć po kresce, jednak stwierdziłyśmy, że wino działa na nas dużo lepiej, niż najczystsza kokaina;
     -w kwestii wina było dwojako: białe francuskie oraz czerwone chilijskie, ale efekt przyniosły jeden – błogość, ekstaza kubków smakowych i rozkoszny stan upojenia. Statystyka: po butelce wina „na głowę”!- drogie Niegrzeczne Dziewczynki, wracamy do formy!
     -przy podawaniu tarty limonkowej Strunita wykazała się po raz kolejny błyskotliwością i kreatywnością - szybko poinformowała nas, że stolicą Peru jest Lima, więc tarta limonkowa jak najbardziej wpisuje się w nasze peruwiańskie menu;
     -po raz kolejny jadłyśmy nasz ulubiony karmelowy ser brunost. I cóż, że ze... z Norwegii! Mamy tam stałego dostawcę, więc korzystamy z jego sympatii dla nas.

10. Zrobiono również rewizję naszych planów czytelniczych na najbliższe miesiące. Otóż postanowiono, że w sierpniu dyskutować będziemy „Niebezpieczne związki” oraz niebezpieczne związki (kuchnia barokowa, czyli złota i różowa, z naciskiem na różową…. chyba że kogoś stać na złotą). We wrześniu porozmawiamy o „Elizabeth i jej ogrodzie”, a w październiku weźmiemy na warsztat coś Ignacego Karpowicza (prawdopodobnie „Ości”).

11. Ku rozczarowaniu wszystkich po zakończeniu spotkania okazało się, że brama do ogródków działkowych jest… otwarta!!! A już rozdzielone zostały role przy przenoszeniu Grudity ponad bramą. A już planowałyśmy, jak przerzucimy rower, na którym przyjechała Koralinita. A już się cieszyłyśmy na dźwięk pustych butelek po winie, które miały z brzękiem upaść po drugiej stronie bramy. Niestety, trzeba było przejść normalnie, przez otwartą na oścież bramkę. Jedynie Strunita zachowała się w sposób tradycyjny i bez obciachu, z największą łatwością przelazła górą przez bramę.

12. Drogie dziewczynki! Widzimy się 22 sierpnia w starym, ale jakże odmienionym lokalu. Staramy się nie wplątywać w zbyt wiele niebezpiecznych związków. Zakładamy na siebie bieliznę barokową. Urlopujemy się. Odpoczywamy. Przeżywamy każdy dzień jakby miał on być ostatni. I czytamy, czytamy, czytamy.

Mamy nadzieję, że pierwsze zdanie z lipcowej lektury tj. „To było bajeczne lato” (na co zwróciła uwagę Strunita) stanie się prawdą i za miesiąc, u schyłku wakacji, lub na wrześniowym spotkaniu będziemy mogły wszystkie powiedzieć, że tegoroczne lato było dla nas rzeczywiście bajeczne.
Adios oraz à bientôt!
k.



Aneks do protokołu:

Na wniosek Strunity protokolantka dodaje następujące informacje, które dopełnią obraz tego bajecznego wieczoru:
1.  Polannita, po tym jak Strunita i en' ca minnita zużyły w czasie rozpalania grilla wszystkie dostępne zapałki, przyniosła niezbędne akcesoria piromańskie, stając się tym samym Wieczorową Niegrzeczną Dziewczynką z Zapałkami.
2.  En' ca minnita była westalką – tu zupełnie nie wiem, o co chodzi, ale skoro Strunita twierdzi, że en’ ca minnita była tą westalką, to pewnie nią była. Protokolantka, z powodu głębokiej zadumy nad omawianą książką, nie zauważyła u żadnej z uczestniczek spotkania nic westalskiego.
3.  Pomimo braku kraciastej koszuli, wydatnego brzucha i bujnego zarostu na brodzie Strunita była naszym osobistym Drwalem z Seattle. Bookclub dog Grudita pomagał jej w utrzymywaniu ognia poprzez rozgryzanie większych szczapek drewna na mniejsze kawałeczki. Strunicie wyjątkowo do twarzy było z metrową siekierą – jej wrogowie, drżyjcie! Ona umie się nią sprawnie posługiwać!

Protokolantka przeprasza za braki w protokole, które wystąpiły. Protokolantka jednakże przy całej swojej doskonałości i spostrzegawczości jest tylko człowiekiem, którego od czasu do czasu nawiedza chwilowa niedyspozycja, nieuwaga czy rozkojarzenie. Na szczęście pozostałe uczestniczki spotkania czuwają. A wszystkie Niegrzeczne Dziewczynki doskonale się uzupełniają.

Teraz to już chyba naprawdę wszystko.
Do napisania w sierpniu!
k.