poniedziałek, 24 listopada 2014

"Sońka" Ignacy Karpowicz


Protokół po "Sońce" Ignacego Karpowicza

1. „Sońkę” dobrze się czyta w listopadzie. Bo opowieść o Sońce jest smutna. Ładnie napisana. I choć takich Soniek jest pewnie w historii Polski więcej, to ta opowiedziana przez Karpowicza jest na swój sposób wyjątkowa: trochę bajkowa, zapętlona w czasie i przestrzeni, uwięziona mieczy życiem i śmiercią. Ciekawy w książce był motyw przenikania się losów Sońki i Ignacego/Igora – ich wzajemne młodnienie i starzenie się. Nieco dekoncentrujący i troszkę psujący całość był wątek żydowski w samej końcówce – nie do końca potrafiłyśmy zrozumieć, czemu miał służyć. Dość szczegółowo omówiona została urojona, wyobrażona miłość Sońki do Niemca Joachima. Polanna zgłosili wniosek, aby w najbliższym czasie, w związku z obecną porą roku, nie czytać już książek smutnych i dołujących.  

2. Skoro już wywołali Polannę do tablicy, to trza odnotować, że Polanna wrócili ze swoich zagranicznych wojaży zrelaksowana, wypoczęta, wręcz troszku rozleniwiona. W swej świadomości nadal Polanna przebywają w ciepłym klimacie śródziemnomorskim, na błyszczącej w słońcu plaży. Polanna przejawiali również pewne objawy rozwydrzenia – nie udzielając się dotychczas zbytnio w sferze przygotowywania potraw na spotkania, zachciewajkowo dyktowała motywy przewodnie kulinarne obecne na kolejnych posiedzeniach naszego klubiku. Kaprysy jej nie zostaną spełnione, jednak dostarczone przez nią śliweczki w alkoholu znów chętne spożyjemy.  

3. Wbrew powszechnie panującej w pewnych środowiskach opinii, że podczas naszych spotkań my tylko jemy i pijemy  i ewentualnie od czasu do czasu coś tam o jakiejś książce powiemy, obwieszcza się wszem i wobec, że my na spotkaniach książkowych rozmawiamy bardzo dużo o bardzo wielu różnych książkach. A ponieważ jest sprawą oczywistą, że nic tak nie umila rozmów o literaturze jak dobre wino i wyszukane, współgrające z lekturą potrawy wprawiające nasze podniebienia w smakowy orgazm, no to trudno- musimy jeść i pić. Zbliżające się spotkanie z autorem książki „Przyjdzie Mordor i nas zje” stało się pretekstem do rozmów o paru polskich pisarzach współczesnych, nowościach wydawniczych, a także elektronicznych czytnikach książek – dzielono się wrażeniami z obcowania z e-bookami.
  
4. Ponieważ nie na książkach świat się kończy, dyskutowano również o muzyce na żywo (Struna chodzą na koncerty takich niszowych zespołów, że to aż zastanawia, skąd ona o nich wie) i z płyt (w trakcie obrad dźwiękowo towarzyszyli nam m.in. Kapela ze Wsi Warszawa oraz podlaska Nathalie and The Loners).

5. Jedna z uczestniczek spotkania, znana do tej pory jako Monika z Bewerlyhils, zostali przechrzczeni i od tej pory będą tu występowali jako Poldzia. Wrócono też wspomnieniami do zarania działalności blogerskiej uczestniczek spotkań i genezy stworzonego na jej potrzeby pseudonimu Struny. „Sońka” stała się okazją do wygrzebania ze swoich rodzinnych historii elementów wschodnich: Polanna z rozrzewnieniem wspominali potrawy z dzieciństwa spędzonego w Jarosławiu, Struna zabrzmieli nutą spod Grodna, Królowa opowiedzieli anegdotkę o pradziadku spode Lwowa.

6. Królowa upraszają, żeby zaprzestać wynoszenia z lokalu na swej odzieży drogocennej sierści bookclub doga Grudzi, gdyż, zainspirowana opowieścią en’ca minne w czasie jej wizytacji w sierpniu, postanowili zrobić długi, miękki szal z psiej sierści w kolorze rudym podpalanym –na zimę będzie jak znalazł.

7. Zwyczajowo poruszono tematy towarzyskie: międzypłciowe, międzypartyjne (pokłosie ostatnich wyborów samorządowych) oraz lokalne celebryckie (będące w ścisłym związku ze zmieniającą się sceną polityczną w naszym grajdołku). Przy okazji Królowa użalali się nad sobą z powodu obecnie niezmiernie ograniczającej jej życie towarzyskie opryszczki, która oszpeca ją znacznie w obszarze ust, uniemożliwia całowanie oraz jest objawem jej chwilowego (oby) spadku odporności i formy.

8. Jedli: pierekaczewnik na słodko z serem białym (Poldzia), bigos według receptury grodzieńskiej z bułką orkiszową (Struna przy okazji wyjaśnili, że podczas wojny, gdy brakowało pszenicy i żyta, jedzono orkisz właśnie), podlaską zapiekankę z kaszy gryczanej z twarogiem i pieczone ziemniaki z farszem (Królowa). W nawiązaniu do obecnego w ostatnim rozdziale „Sońki” elementu żydowskiego spałaszowali gwiazdę drożdżową z nutellą.
Jedli i pili: śliwki w nalewce i nalewkę ze śliwkami.
Pili: wino gruzińskie oraz wino nie gruzińskie. Wynik spożycia rozczarowywująco słaby, jednakże przyczyną tego faktu jest to, że, choć wydawać się to może niewiarygodne, Królowa nie spożyli ani kropelki alkoholu przez cały wieczór.

9. Następne spotkanie odbędzie się 19 grudnia i poświęcone zostanie „Wielkim nadziejom” Dickensa. Motyw przewodni kulinarny: czerń. Z racji tego być może pojawi się na stole czarna polewka, jednak nie będziemy zwracać uwagi na jej ukryty przekaz. A na styczeń szykujemy „Dom sióstr” Charlotte Link.

Boh z wami.
k.


środa, 19 listopada 2014

Przypominajka przed "Sońką" Ignacego Karpowicza



"Sońkę" przeczytali? Zdanie na jej temat sobie wyrobili? Nastawieni są na spędzenie kilku godzin w małej wspólnocie czytających kobiet?
No to przyjdą na spotkanie w sobotę. Tak kole pół po czwartej.
Z Bookiem.
k.

wtorek, 14 października 2014

"Księga Diny" Herbjørg Wassmo



   Protokół po "Księdze Diny" Herbjørg Wassmo

A jesień była piękna tego roku….
Ciepło, gorąco nawet. Kolorowe liście klonu w roli obrusa, winobluszcz i liście sumaka jako sezonowa dekoracja wnętrza. Krwawy Księżyc.
W tych okolicznościach przyrody sześcioosobowa drużyna plus pies dyskutowała długo w noc.

1. Pretekstem do spotkania była „Księga Diny” Herbjørg Wassmo. Gruba książka, ale, jak zgodnie stwierdziłyśmy, bardzo wciągająca, dobrze napisana. Wassmo bardzo obrazowo, „zmysłowo” opowiedziała historię tajemniczej, dziwnej, niezależnej i ekscentrycznej Diny. Diny, która zabijała tych, których kochała.
Dużo rozmawiałyśmy o Dinie, jaką była kobietą, co miało wpływ na jej zachowanie, czy nie cierpiała na chorobę psychiczna, czy nie była w jakiś sposób niepełnosprawna, czy wykorzystywała, czy była wykorzystywana. Zastanawiałyśmy się, kto tak naprawdę był ojcem jej syna Beniamina. Analizowałyśmy ciekawą relację istniejącą miedzy Diną a jej teściową. Grupowo zakochałyśmy się w Tomaszu. Koralina dokonała porównania zakończenia książki i filmu nakręconego na jej podstawie. „Księgę Diny” polecamy, choć jednym zapadnie ona w pamięć bardziej i na dłużej, a u innych nie pozostawi znaczących śladów.

2. W naszym gronie powitałyśmy Jolę, która równocześnie przynależy do sekcji biegaczej wyodrębnionej w naszym książkowym klubiku. Po raz kolejny w nasze skromne progi zawitała wciąż pachnąca bieszczadzkim wiatrem Karolina PL.

3. Po spotkaniu poziom kwasu omega 3 w naszych organizmach przekroczył poziom normy o 600%. To za sprawą przygotowanych przez nas norweskich przysmaków z rybą w roli głównej. Struna zaserwowała tartę z makrelą wędzoną i pieczarkami. Koralina poczęstowała wszystkich wykwintnymi, perfekcyjnie (wiadomo!) wykonanymi roladkami: łosoś z serkiem i dużą ilością czosnku (wiadomo!) zawinięte w ciasto szpinakowe. W poręcznych aluminiowych pakuneczkach Jola przyniosła dorsza zapiekanego z warzywami. Monika BH wywołała zbiorowy opad szczęki u pozostałych uczestniczek swoją rybą w rybie, czyli łososiem ukrytym w rybie uformowanej z wielką dbałością o szczegóły z ciasta drożdżowego. Królowa była autorką krokiecików rybno-ziemniaczanych z sosem koperkowym, tartinek ze szprotkami na pieczywie chrupkim oraz bułeczek skoleboller z budyniem i kokosem. Nie mogło zabraknąć również naszego ulubionego sera karmelowego Brunost, który dotarł do nas prosto z Norwegii (to bardzo ujmujące, że mamy swoich wielbicieli dbających o to, żeby w naszej lodówce zawsze był kawałek Brunosta).

4. Uszy pieściły dźwięki muzyki skandynawskiej- czasami mrocznej i dołującej, czasami zabarwionej bitami perkusji elektrycznej.

5. Próbowano przy pomocy Internetu połączyć się wizualnie z Polanną, która obecnie wygrzewa swoje piękne ciałko na ciepłych hiszpańskich plażach. Niestety, na Skype coś poszło nie tak, więc nastąpiła jedynie wymiana pozdrowień i serdeczności drogą pisemną przez Fejsa.
       
6. Podczas spotkania dość uaktywniła się frakcja psiar –prym wiodła Monika BH opowiadająca historię życia swojego rodzinnego teriera. Temat mundurków szkolnych również wzbudził wiele emocji –obecne w naszym gronie matki i nauczycielki szczegółowo analizowały zasadność ubierania dziatwy szkolnej w jednakowe stroje.

7. Ciągle stosunkowo nowa antresola uruchomiła naszą wyobraźnię i sprowokowała nas do wykorzystania jej (antresoli, nie wyobraźni) podczas zbliżających się świąt Bożego Narodzenia. Postanowiono, że dolna część antresoli zostanie zaadaptowana na szopkę, w której ustawione zostaną figurki naturalnej wielkości. Bookclub dog Gruda będzie pełniła rolę owieczki. Casting na odtwórcę Józefa trwa. Przestrzeń pod antresolą w sezonie poświątecznym będzie wykorzystana do zainstalowania w niej wygodnego hamaka.

8. W ostatniej części spotkania dokonano przeglądu ofert kawalerów i facetów z odzysku, którzy reklamują się w sieci jako chłopcy do wzięcia. Uczestniczki spotkania ustaliły, że oferenci mogą człowieka zdołować maksymalnie swoim brakiem autorefleksji w zakresie wizerunku własnego, swoim lenistwem, wycofaniem, rozdźwiękiem między deklaracjami a czynami oraz ogólną ciapowatością czy wręcz dupowatością i zeschizowaniem. Generalnie: załamka.

9. Następne spotkanie będzie w piątek 21 listopada. Przyjrzymy się „Sońce” Ignacego Karpowicza. W międzyczasie zaczynamy czytać „Wielkie nadzieje” Dickensa, bo to gruba książka, a mamy ją zaplanowaną do dyskusji na grudzień. Osoby planujące uczestnictwo w spotkaniu listopadowym są proszone o kontakt z protokolantką celem dogrania kwestii kulinarnych. Biorąc pod uwagę czas akcji „Sońki” wstępnie  ustalamy, że będzie to „biedna kuchnia” polska.

Życząc miłej i radosnej jesieni słowa podziękowania za kolejne cudowne spotkanie kieruje do Was
k.




 

wtorek, 7 października 2014

Przypominajką przed „Księgą Diny” Herbjørg Wassmo



Hei!
Malin moroszek nie będzie. Ale będzie brunost.
Suszonych ryb też nie będzie. Ale będą ryby, rybki, rybeczki w wielu innych postaciach i formach.
Zorzy polarnej nie będzie, ale będą ogniste kolory jesieni na drzewach za oknem.
 „Księgę Diny” podnosimy z podłogi, gdzie służyła nam za bloczek do ćwiczenia jogi, lub z krzesła, na którym pełniła funkcję poddupka dla 2-latka próbującego samodzielnie zjeść obiad przy stole.
Z „Księgą…” pod pachą przybywamy tłumnie na kolejne Spotkanie
Widzimy się (wyjątkowo) w sobotę.
Vi sees  w lørdag!

sobota, 13 września 2014

"Elizabeth i jej ogród" Elizabeth von Arnim

Elizabeth i jej ogród - Elizabeth von Arnim Protokół po "Elizabeth i jej ogrodzie" Elizabeth von Arnim




Dzień guten Morgen, evening lub Nacht (w zależności od pory czytania niniejszego protokołu, narodowości czytającej/go lub jej/jego preferencji geograficznych tudzież lingwistycznych)!

Wrześniowe Spotkanie Pod Pretekstem Książki spędziłyśmy w ogrodzie Elizabeth von Arnim, a było ono obfite w emocje i dyskusje w obszarach wszelakich.

1. Pierwszym tematem była Gazela oraz jej sprawozdanie z pierwszego miesiąca w nowym stanie cywilnym, a także ich (tj. Gazeli i Gazelowego małżonka) wysiłki w budowaniu podstawowej komórki społecznej. Panu Gazelowi dziękujemy za udzielenie zgody swojej dopiero co poślubionej żonie na spędzenie piątkowego wieczoru w naszym towarzystwie. Oprócz weselnego wina Gazela przyniosła własnoręcznie wykonane przekąski z wsadem frankfurterkowym, które były więcej niż sehr gut.

2. Drugim tematem była książka wieczoru, czyli „Elizabeth i jej ogród”. Lektura ta jest dość lekka, miejscami zabawna, zawiera kilka ciekawych fragmentów, które zostały skrzętnie wynotowane przez Strunę i Królową, jednakże z powodu tematu nr 3 (poniżej) nie było jakoś nastroju, aby urządzać pojedynki na cytaty. Wielu z nas główna bohaterka nie przypadła do gustu z racji swojego lenistwa, nieróbstwa, pasożytniczego trybu życia, który polegał tylko na bywaniu, spełnianiu swoich zachcianek i kaprysów, balowaniu, wycieczkowaniu się, odpoczywaniu oraz wydawaniu dyspozycji i rozkazów służbie. Choć z drugiej strony niektóre uczestniczki poszperały w Internecie i znalazły więcej informacji o autorce książki, która, jak się okazuje, była inteligentna, niezależna w osądach, stanowcza i jak na ówczesne czasy dość wyzwolona. A poglądy głoszone przez szowinistycznego niemieckiego męża Elizabeth można określić zdaniem: „jak się kobiety nie bije, to jej wątroba gnije”. Jak doskonale wiemy, ponad sto lat po napisaniu „Elizabeth…” ciągle znaleźć można wielu zacofanych bezmózgich tępaków i buców, którzy wyznają tę zasadę. Żenada.

3. Trzecim tematem było widoczne na naszych twarzach i ogólnie w sylwetce zmęczenie wynikające z przepracowania, zbliżającej się jesieni, a także trosk codziennych domowych. Zwłaszcza Struna była jakaś taka nie nastrojona, nie napięta, nie naciągnięta, nie drżąca. Zmęczenie to jednakże nie zdominowało naszego spotkania, w czasie którego było kilka wielce radosnych momentów m.in. ucieszył nas podbój Warszawy dokonany przez Polannę i jej sukces na gruncie zawodowym - na fali gratulacyjnej wychylono niejeden puchar pełen wina za naszą zdolną, mądrą i pracowitą Polannę, z której jesteśmy wszystkie takie dumne!

4. Czwartym tematem były książki, dziesiątki książek. Otóż omówiono krążące obecnie po fejsie i ogólnie w Internecie „łańcuszki” ulubionych książek czy podsumowania zawierające najważniejsze tytuły literatury światowej. Posługując się jedną z takich list książek, które „trzeba przeczytać przed śmiercią”, dokonano powrotu do czasów szkolnych i nieco późniejszych, przypominając sobie wszystkie znaczące lektury oraz okoliczności zapoznania się z nimi. W przeprowadzonym naprędce plebiscycie wyłoniono kilkanaście tytułów książek, które chciałybyśmy przeczytać i przedyskutować w ramach naszych kolejnych Spotkań –wygląda na to, że jeśli po drodze nie pojawi się jakaś „must read” nowość, to wiemy już, jakie będą nasze książkowe preteksty w ciągu najbliższych kilku lat! Ten fragment wieczoru należy zaliczyć do szczególnie inspirujących literacko, gdyż w niewymuszony, a wynikający najzwyczajniej z wewnętrznej potrzeby zapoznania się z klasyką, sposób motywuje do czytania and reading und lesen. A jak mawiał Frank Zappa: „Tak wiele książek, tak mało czasu”.

5. Oprócz różnorodności w tematach rozmów, na stole także widać było wielorakość: smaków i kolorów. Gastronomiczny misz-masz miał jednak swoje uzasadnienie jednoznacznie wynikające z treści książki wieczoru. Była zatem niemiecka Kartoffelsalat (Koralina). Były bułeczki drożdżowe z sauerkraut i pieczarkami. Były czekoladki, waflowe rureczki oraz żelkowe misie zakupione w sklepie należącym do niemieckiej sieci marketów. Wspomniane w punkcie pierwszym niniejszego protokołu przekąski z frankfurterkami oraz Wurst dodany do przygotowanego przez Strunę leczo były kolejnymi daniami nawiązującymi do Niemiec. Do „Elizabeth…” odwoływała się też sałatka śledziowa (a śledź to był nasz, polski, bałtycki), jak i kruche ciasteczka w kształcie różyczek. Polanna postawiła na stole wykwintne śliwki w alkoholu, ale poczekamy z ich spożyciem (wypiciem?) do listopada- wtedy będą nam lepiej smakowały.

6. Róże były na okładce książki, w formie ciasteczek, a przede wszystkim w wazonie. Subtelne, bladoróżowe, powoli otwierające swe główki w cieple naszych oddechów, zachwycające świeżością. Same sprawiłyśmy sobie tak cudny prezent, gdyż w pełni, bez specjalnego uzasadnienia zasługujemy na to, żeby otaczać się zachwycającymi kwiatami, ot, po prostu dlatego, że jesteśmy kobietami, i to w dodatku wrażliwymi na piękno.

7. Również w obszarze muzyki przeniesiono się do ogrodu -  dwukrotnie wysłuchano utworu „W moim ogrodzie” Daabu, odtworzono jedną z płyt zespołu Soundgarden. A przez resztę czasu tło dźwiękowe tworzyły piosenki angielskie z repertuaru m.in. Coldplay i Starsailor.

8. W związku ze zbliżającymi się jesiennymi chłodnymi wieczorami i nocami uznano, że dobrym pomysłem będzie zaopatrzenie się w poduszki elektryczne rozgrzewające (najlepiej energooszczędne, user friendly, wymiary powierzchni grzewczej ok. 180 cm x 50 cm x 25 cm, przystojne, nie za stare, łatwe w użytkowaniu lub z dołączoną instrukcją obsługi). Osoby będące w posiadaniu informacji o miejscu, w którym można nabyć wspomniane poduszki, proszone są o bezpośredni kontakt z administratorami tej strony.

9. Na wniosek Karoliny PL następne spotkanie odbędzie się w sobotę 11 października. Za sprawą „Księgi Diny” Wassmo Herbjørg przeniesiemy się do Norwegii. Brunost już jest, łosie i łososie zapewne też wkrótce się pojawią. Poszukamy jeszcze jakichś innych specjałów kuchni norweskiej.  

10. And last but not least. Niech Państwo Gazelowie, a zwłaszcza nasza osobista, wyhodowana na naszej własnej piersi Gazela, przyjmą od wszystkich mniej lub bardziej regularnych uczestniczek spotkań książkowych życzenia tego, aby w zgodzie, miłości (M-I-Ł-O-Ś-C-I) i obopólnym szczęściu przeżyli każdy dzień z tych wielu, które przed nimi. Mamy też cichą nadzieję, że Gazela nie zapomni o nas i że będzie na bieżąco czytać uzgodnione książki, doskonalić się w sztuce gotowania, której efekty chcemy degustować na spotkaniach i że będzie dzielić się z nami swoimi ogólnymi refleksjami na temat bycia żoną. Niech Gazela pamięta, że w naszym gronie wciąż mamy stare panny, które jak kania dżdżu łakną wiedzy i porad w zakresie pakowania się w związki małżeńskie.

To tyle na dziś.
Niniejszym kolejne spotkanie książkowe przechodzi do blogowych annałów.
Danke oraz thank you za ten przemiły wspólny wieczór.
k. 






wtorek, 9 września 2014

Przypominajka przed "Elizabeth i jej ogrodem" Elizabeth von Arnim



Przypominam, że w najbliższy Friday spotykamy się przy wurstach, sourkrautach i kartoflach.
Będziemy mieć róż na twarzy, róże w wazonie i rose w kieliszkach.
Podyskutujemy o książkach oraz o ogrodnikach, ogrodniczkach, ogródkach i ogrodach wszelakich. A także o tym, jak się nie dać jesiennej melancholii.
See you @ 16.30.
To będzie guten Abend!

niedziela, 24 sierpnia 2014

"Niebezpieczne związki" Pierre Choderlos de Laclos




https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEiOBH2pdd58CuayqqXzepyQXyfvWs-rVNzc50vhxDxG0mF9m3DsADUXkkX_7oh1lsmH740MJSTBWTyYS12zZ7CfQYOFTDiFNeONacx62pojf4ZRpme1KJeugEAdIHy6HFMIG5g-vakGHX2Y/s1600/75920279.jpg Protokół po "Niebezpiecznych związkach" Pierra Choderlosa de Laclosa



Protokolantka uniżona do Ich Wysokości Uczestników Spotkania Pod Pretekstem Książki słowa te kieruje ku pokrzepieniu serc i wywołaniu ogólnej kontentacji pisane u schyłku wakacji AD 20**


Mes amis!

„Les liaisons dangereuses”, czyli „Niebezpieczne związki”, które był popełnił  Pierre Ambroise Francis Choderlos de Laclos, zebrały nas na salonach Królowej i przyniosły duchem do XVIII-wiecznej Francji, pozostawiając w nas wielce pożyteczne i odkrywcze wnioski. Ale niechże ta opowieść zacznie się od początku.

1. U wrót naszego klubiku książkowego w ubiegły piątek pojawiły się dwie nowe persony, w tym jedna zagraniczna. Dołączyła do nas Monika z miejscowego Bewerlyhils (Bienvenue, chère Monique!) oraz –attention, attention! – hiszpański mężczyzna, który ni w ząb nie rozumiał tego, o czym przy stole dyskutowano, za to cichutko w rogu szezlongu oddawał się lekturze na swoim e-booku, tylko od czasu do czasu obdarzając uczestniczki spotkania, a szczególnie jedną z nich, wypełnionym miłością, powłóczystym spojrzeniem. Xavi to osobisty Don Juan Polanny. Przy okazji wizyty Spaniarda uczestniczki miały możliwość odświeżyć swe umiejętności lingwistyczne, co nadało spotkaniu charakter wielce międzynarodowy. Była też prezydentowa naszej stołecznej filii, en’ca minne, niepokojąco cicha i nieco przygasła tego wieczoru.

2. Książkę w całości przeczytały tylko cztery  uczestniczki spotkania, a spowodowane to było ciężkim do strawienia archaicznym językiem (tłumaczenie Boya-Żeleńskiego, więc wszystko jasne). Szkoda, bo historia doprawdy wspaniała, ale trzeba było nie lada determinacji, żeby przejść przez ten staromodny styl pisarski. Po wielokroć rozmawiano o treści książki: kto z kim, dlaczego, jak. Odniesień do ekranizacji nie poczyniono zbyt wiele.

3. Struna ubogaciła nas w informacje na temat różnicy między hrabią i wicehrabią, malarstwa barokowego Williama Hogartha, który ma w swoim dorobku sceny z życia małżeńskiego, oraz XVIII-wiecznych chorób wenerycznych. W związku z tym ostatnim wątkiem uczestniczki spotkania zaczęły inaczej spoglądać na swoje pieprzyki, znamiona czy inne naskórne plamki, mając nadzieję, że nie są one objawami syfilisu.


4. Z wniosków luźnych poksiążkowych: zamiast słowa „foch”, będziemy używać słowa „dąs”. Każde czasy mają swoją Operę, czyli miejsce, w którym rozgrywa się życie towarzyskie danego miasta. Nasze hometown również ma swoją „hipsterską operę”, jednakże nie jesteśmy jej bywalczyniami i wcale tego nie żałujemy. Nie wiedzieć czemu, ale nikt z zebranych nie chciał  uwierzyć zapewnieniom Królowej, która bardziej utożsamiała się z skromną, pobożną, niewinną i cnotliwą Cecylią, niż z zepsutą, wyrachowaną i bezwzględną Markizą.

5. Oprawa muzyczna do spotkania była wyjątkowa: najpierw francuski duet Air (m.in. ze ścieżką dźwiękową do filmu „The virgin suicides”, czyli „Przekleństwa niewinności”), Bach, Mozart i jego „Aria Królowej Nocy”, którą wysłuchano wielokrotnie, soundtrack do „Jedz, módl się i kochaj”, który szczególnie przypadł do gustu Monice, oraz – tu już bez żadnej siurpryzy – „Sex on fire” KOL.

6. Monika podzieliła się z nami niebywale przydatnymi informacjami dotyczącymi dni płodnych, poczęcia i prawdopodobieństwa urodzenia córki. Monika obiecała wżdy przeczytać „Niebezpieczne związki” do końca i profesjonalnie ocenić, w jaki sposób Cecylia przerwała ciążę: w sposób naturalny czy przy pomocy lekarza.

7. Zgodnie z ustaleniami w dziedzinie gastronomii poszłyśmy w barokowy przepych, złoto i róż. Był camembert w złotej panierce z różowym sosem „1000 wysp” podany ze złocistymi cukiniowymi paluszkami. Była różowiuteńka szynka. Był chłodnik. W departamencie deserowym rządził arbuz w formie tortu, ale towarzyszyły mu sopockie złote krówki, różowy piszinger (przy którym wspomniano twierdzenie Camilli  Lackberg, że do olśnienia mężczyzny niezbędne jest i masło, i śmietana), różowy grejpfrut, maliny, jeżyny (własnoręcznie zebrane przez Koralinę) i ciasteczka markizy z różowym nadzieniem (z których jedna została uroczyście przełamana przez en’ca minne, nawiązującą w ten sposób do zepsutej Markizy). Tradycyjnie raczono się norweskim serem w kolorze carme-love-go złota. W dziale napitków królowało różowe wino. Było też różowe Martini. Jednakże w drugiej połowie wieczoru pojawiły się trudności w ustaleniu, kto ma co w kieliszku, ponieważ towarzystwo zaszalało i zaczęło mieszać koktajl arbuzowy i z winem, i z Martini.  

8. Wystrój salonu, w którym biesiadowano, także nawiązywał do baroku. Na stole leżały sznury pereł (wieprzy w promieniu 100 metrów nie dostrzeżono), powietrze przesycone było ciężkim aromatem wanilii, maleńki złoty putto rozkosznie podpierał swoje pulchne policzki. Oddano cześć Laclosowi splatając włosy w francuza. Dodatkowo bliskie sąsiedztwo królewskiego buduaru wprowadzało w atmosferę intryganckich relacji damsko-męskich.

9. Królowa zdała szczegółową relację z wesela Gazeli. Żywimy głęboką nadzieję, że Gazela, mimo zmiany stanu cywilnego, będzie o nas pamiętać i wkrótce zaszczyci nas swoją obecnością. Bez większych emocji przyjęto wiadomość, że na owym weselu podczas oczepin Królowa złapała bukiet pani młodej – był to wszakże piąty bukiet zdobyty przez nią w ten sposób, co bezsprzecznie jest dowodem na fałsz obietnic, jaki niosą za sobą przestarzałe ludowe obrzędy, którymi łudzą się stare panny.  

10. Ponieważ w plany czytelnicze na następne miesiące wkradło się małe zamieszanie, oto aktualna rozpiska: październik - „Księga Diny”, listopad - „Sońka” Karpowicza, grudzień – „Wielkie nadzieje” Dickensa, a na życzenie Koraliny w drodze na nasze tradycyjne przedświąteczne wyciszenie posłuchamy w samochodzie „Opowieści wigilijnej”. Natomiast 12 września będzie „Elizabeth i jej ogród” Elizabeth von Arnim. Kwestie kulinarne zostaną doprecyzowane, jednakże będzie to kuchnia niemiecka lub warzywna z cyklu „dary jesieni”.

Spotkanie było udane i bezpieczne.

I już czekamy na następne.

A tymczasem pozostaję z najgłębszym szacunkiem i czcią

Waszmości powolna sługa

k.