poniedziałek, 27 stycznia 2020

"Shantaram" Gregorego Davida Robertsa

  Protokół po "Shantaram" Gregorego Davida Robertsa


As-salam alejkum!
Przybyłe na pierwsze w 2020 roku spotkanie dziewczęta od progu poczuły oszałamiającą woń kardamonu, imbiru, kuminu, kolendry, gorczycy, papryki, czarnuszki, cynamonu, kurkumy i pieprzu, tworzących mieszankę zapachową przenikającą ubrania, włosy, skórę i utrzymującą się w murach klubikowego lokalu przez następne kilka dni. W styczniu udano się w podróż do Indii, yaar.

1. Grono klubikowe powiększyło się o Kiciębabę, wystrojoną w koszulkę z kościotrupem siedzącym w pozycji kwiatu lotosu i napisem „The good karma”, yaar. Z Wielkopolski przyjechała dawno niewidziana Lashmi (hinduska bogini bogactwa), która barwnie opowiadała o blisko 3 miesiącach spędzonych w Indiach. Szczególnie ciekawa była jej relacja z wyprawy do miejsca zamieszkałego przez ostatnich potomków Aleksandra Wielkiego, położonego wśród plantacji jakościowo najlepszej na świecie marihuany. Stefababa opowiadała o polsko-hinduskim weselu swojej poślubionej Hindusowi kuzynki i jej dalszych losach. Lashmi i Kicia wyginały grzbiety i biodra na podłodze, demonstrując sobie wzajemnie oraz pozostałym zebranym najlepsze na wszelkie bóle kośćca jogistyczne pozy. Brakowało Gazelibaby, która książkę wieczoru kilka miesięcy temu ochrzciła jako „Sham-ta-ram-tam-tam”; Gazela zapowiedziała swoją obecność na klubiku rocznicowym w lutym. Z uwagi na obecność Kici, przypomniano rodowód każdego z pseudonimów uczestników Spotkań.

2. Głównym tematem książkowym był „Shantaram” G. D. Robertsa. Ta 800-stronicowa „cegła” (w sztywnej, twardej okładce bardzo niewygodna w czytaniu, zwłaszcza wieczorem pod kołderką) dostarczyła wielu tematów do rozmów i zainspirowała do przygotowania przepysznych potraw, pod którymi uginał się stół. Poldziababa przyniosła Kolory Slumsów, czyli humus w trzech barwach i w trzech smakach. Humusowi można było zadać śmiertelne ciosy długimi pałeczkami grissini (włoski rodzaj pieczywa). Stefa przygotowała rava laddu, czyli „kulki mocy” na słodko, a także aloo tikki, czyli kotleciki ziemniaczane. Najbardziej z przyprawami (zwłaszcza z papryczką chili) poszalała Błyskawicababa – od przygotowanego przez nią kurczaka curry palił język, podniebienie, cały przełyk i żołądek, w oczach stawały łzawe świeczki, a nos wilgotniał od smarków. Strunababa zrobiła kotleciki z soczewicy i pieczarek, do których podała curry z dynią, ciecierzycą i szpinakiem. Struna wreszcie dopięła swego (przez ostatnie kilka miesięcy narzekała, że jej potrawy są podawane na końcu, kiedy wszyscy są już najedzeni jak mopsy, i nikt już nie ma sił delektować się tym, co w pocie czoła upichciła) i zaserwowała swoje danie jako pierwsze, co wiązało się z tym, że zostało ono zjedzone do ostatniego ziarenka ciecierzycy. Lashmi podała pieprzne placki pappadums i palak panir, czyli szpinak ze zrobionym przez nią własnoręcznie serem białym. Królowababa zrobiła słodkie ziemniaki w przyprawie panch phoran, curry z fasoli z pieczarkami, do którego podała coś, co miało być chlebkami chapati. Spod ręki Królowej wyszły również korzenne marchewkowe barfi, zaskakujące w smaku, w konsystencji będące skrzyżowaniem karmelu z toffi i krówkami. Mama Królowej także miała wkład kulinarny w spotkaniu: dostarczyła pasztet z ciecierzycy. Na samym końcu na stół wjechał ugotowany przez Kicię dahl z soczewicy i mleczka kokosowego. Pito herbatę darjeeling z przywiezioną przez Lashmi z Indii anyżkową przyprawą Chai massala, miętę z pomarańczami i goździkami oraz Tulsi brahmi tj. indyjską holy basil. Wszystko było wyśmienite, yaar. Pan Rexbaj został zmuszony do skosztowania kilku potraw i, choć mina jego temu przeczyła, był zadowolony z degustacji.

3. Rozmowom towarzyszyły starannie dobrane płyty: Led Zeppelin „House of the Holy” (niestety, w swojej płytotece Struna nie znalazła albumu z kawałkiem „Kashmir”), The Beatles „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” (nawiązujący do fascynacji Beatelsów Indiami, ze szczególnym wskazaniem Struny na ósmy utwór na płycie), Kula Shaker płyta „K”, a także OST do filmu „Jedz, módl się i kochaj” (z naciskiem na utwory ilustrujące muzycznie pobyt głównej bohaterki w Indiach).

4. „Shantaram” tym, którzy go przeczytali do końca, i tym, którzy są jeszcze w trakcie, podobał się. Błyskawica czyta nawet kontynuację losów Linbaby, czyli „Cień góry”. Stefa jest niemal zachwycona, przyznała, że niektóre fragmenty sprowokowały ją do pewnych głębokich przemyśleń nad sobą, yaar. Wszyscy docenili „sensoryczność” książki, czyli opisy, które oddziaływały na zmysły – oczami wyobraźni można było zobaczyć wszystkie kolory bombajskiej ulicy, można było poczuć zapachy czy spożywanych u Kadirbaja potraw, można było usłyszeć szmer morza szczurów przepływający nocą przez slumsy, można było poczuć jedwabistość piasku na plaży w Goa. Wszystkim spodobał się ten tchnący z każdej strony książki egzotyczny klimat Bollywood. „Shantaram” jest wciągające, działa na wyobraźnię, łatwo się czyta, choć zdecydowanie lepsza pod tym względem jest pierwsza połowa książki. Struna zwróciła uwagę na piękny fragment, mówiący o tym, że pochodzimy z wody, że poprzez nasze pot i łzy jesteśmy częścią oceanu, a dziecko u mamy w brzuszku przed urodzeniem też sobie pływa w takim małym oceanie. Przy okazji lektury nauczono się, że kaszmir, oprócz nazwy regionu w Indiach i rodzaju wełny, jest także określeniem najlepszego na świecie haszyszu (Poldzia ze strachem w oczach wyznała, że ostatnio zamówiła przez internet w sklepie dziewiarskim 5 kilo kaszmiru, i teraz się zastanawia, co znajdzie w paczce).  

5. Ale nie zabrakło również opinii bardziej krytycznych, yaar. Po pierwsze, Struna niestety obejrzała w internecie zdjęcia przedstawiające pana pisarza, czyli Gregorego Davida Robertsa – cóż za rozczarowanie! Sądząc po opisie własnym w książce, na widok Lindsaya sikały po nogach wszystkie kobiety w Bombaju, a mężczyźni widzieli w nim groźnego rywala w walce o niewieście serca. A tu taki... pasztet. I to nie z ciecierzycy. Radzimy więc nie zaglądać przedwcześnie do internetu, za to kreować sobie obraz Linbaby we własnej wyobraźni. Po drugie, ale wiążące się z „po pierwsze”, z książki wynika, że główny bohater jest tak wielowątkowy, tak wszechstronny (bo i, mając za sobą jedynie kurs pierwszej pomocy, stał się naczelnym lekarzem w slumsach, i w mordę potrafił dać i z każdej bijatyki wychodził cało, nawet z wojny w Afganistanie jako jeden z nielicznych wrócił w jednym kawałku), tak doskonały we wszystkim, że... aż nieautentyczny, yaar. Po trzecie, autor jakby nie mógł się zdecydować, jakiego rodzaju książkę pisze, bo „Shantaram” to powieść, przewodnik po Indiach z elementem edukacyjnym (szczegółowe informacje z historii kraju, łącznie z przytoczeniem dat), autobiografia, harlequin (te opisy szczegółowe kobiet o lśniących włosach, odzianych w białe szorty), rozprawa filozoficzno-etyczna (rozmowy Lina z Kadirbajem) czy może scenariusz do filmu bollywood (superbohater zaplątany w różne „kinowe” wątki: slumsy, strzelanki, mafia, piękne kobiety). Zapewne z racji niezdecydowania autora co do kategorii literackiej, książka przybrała aż takie rozmiary. Po czwarte, metafory, opisy stanu ducha, refleksje życiowe i przemyślenia nabierały takiego patosu, że właściwie nie wiadomo, o co w nich chodzi (przykład: „...a rozmodlony księżyc wabił morze, kusił fale, by rozbijały się i pieniły na uwodzicielskim, niezawodnym brzegu”).

6. Z książki wieczoru wypisano wiele cytatów i co lepszych fragmentów. Przytoczono między innymi te o łączącym wszystkich Hindusów wielkim sercu, o czystości wynikającej z rozdzierającej uczciwości w slumsach, o najbardziej ohydnym przekleństwie hinduskich biznesmenów („obyś miał dziesięć córek i oby wszystkie dobrze wyszły za mąż”) czy o tym, że człowiek musi kochać swojego niedźwiedzia. Jednakże bodaj najbardziej na miejscu okazała się wypowiedź Kadirbaja, który w ten sposób określił swoją grupę znajomych mafiozów: „Jesteśmy niczym kółko dyskusyjne: spotykamy się co miesiąc, co najmniej raz, a kiedy wyczerpiemy kwestie interesów i prywatne, dyskutujemy na tematy filozoficzne i tym podobne. To nasza rozrywka”. Nasza też, yaar.

7. Z tematów pobocznych: choroby dziecięce (Mały Lord, biedulek rozgorączkowany, wieczór spędził przytulony to do jednego, to do drugiego rodziciela), pediatrzy, dolegliwości pleców, wakacyjne plany koncertowe, plany zakupowe książkowe, zwierzaki (Azorbaba był niepocieszony, że Poldzia podarowała mu jedynie kilka przelotnych miźnięć), negocjacje w sprawie zastąpienia „Emancypantek” przewidzianych do omówienia w maju jakąś inną, cieńszą książką (na chwilę wróciło „50 twarzy Greya” i jego polski odpowiednik), refleksje poświąteczne i plany walentynkowe.
Błyskawica rzuciła nowe światło na panujące w Australii potężne pożary, powodujące śmierć wielu milionów zwierząt.

8. Spotykamy się 7 lutego. Omawiać będziemy „Miłość” Toni Morrison. Obowiązywać będzie kuchnia słodko-gorzka, yaar.
Kalass.
k.













Brak komentarzy:

Prześlij komentarz